Ale piach!

Ale piach!

komentarzy 5

Marokańczycy mówią, że od Tan-Tan zaczyna się Sahara. Rzeczywiście krajobraz staje się coraz bardziej płaski i surowy. Palmy, kaktusy i gaje oliwne zastępują kolczaste krzewy, piach i kamienie. Nie jest to jednak Sahara taka jaką ją sobie wyobrażaliśmy. Nie ma wysokich wydm ani złotego piasku, jest szaro-buro, a po kilku dniach drogi i setkach kilometrów dość nużąco. Jednak wierzymy, że uroki pustyni dopiero przed nami, więc pedałujemy dalej.

 

 

Tymczasem jedynym urozmaiceniem krajobrazu są liczni wędkarze koczujący na samym skraju kontynentu, tam gdzie ocean spotyka się z piaskami pustyni. Pomieszkują w zaimprowizowanych namiotach, starych przyczepach kempingowych lub po prostu dojeżdżają z najbliższego miasteczka, często odległego o dziesiątki kilometrów. Niestety nie sprzedają złowionych ryb przejeżdżającym nieopodal rowerzystom, od tygodnia wcinającym zupki chińskie :( Podejrzewamy, że trzymają swoje zdobycze dla  właścicieli rozsianych po pustyni stacji benzynowych serwujących marokańską wersję Fish&Chips, czyli zimna ryba i frytki bez soli, ale za to z musztardą . Nam smakuje ;)

 

Po przekroczeniu symbolicznej granicy Sahary Zachodniej stałymi elementami krajobrazu stały się także jednostki wojskowe, liczne posterunki policji i miasta-widma, o których za chwilę. Choć na arenie międzynarodowej Sahara Zachodnia nie jest oficjalnie uznawana za cześć Maroka, a tutejsza ludność – Saharawi, ma silne poczucie odrębności,  rząd marokański uzurpuje sobie prawo do tych terenów. Swoje roszczenia umacnia inwestycjami w infrastrukturę regionu, stałą obecnością wojska i policji, a także próbą zasiedlenia terenu przez Marokańczyków z północy kraju. To właśnie z myślą o nich rząd wybudował osiedla-miasta w centrum niczego. Takie wzorowe koncepcje urbanistyczne w miniaturze. Są małe domki, są większe domki, są wille na poboczu, jest meczet, jest plac zabaw, szkoła, świetlica, wszystko ładne i kolorowe, tylko ludzi nie ma. Okazało się, że Marokańczycy nie dali się skusić na tanie życie w strefie bezcłowej. Bo co z tego, że benzyna taka tania, a miasteczko-osiedle takie kolorowe jak poza stacją benzynową nie ma tu zupełnie nic… tylko strażnik, który strzeże tej utopii i codziennie włącza i wyłącza światła w domkach – żeby wyglądały na zamieszkałe… Na naszej drodze mijamy kilka takich miasteczek. Zawsze do nich zaglądamy z nadzieją na znalezienie wody i czegoś do jedzenia. Niestety, jest tylko ten samotny strażnik i wiatr trzaskający drzwiami niszczejących domków.

 

Mapa Michelin z której korzystamy zwodzi nas obiecując miasto niemal co dwieście kilometrów. Jednak gorzkim jest nasze rozczarowanie kiedy owe miasto okazuje się jedynie stacją paliw, posterunkiem policji  lub właśnie miasteczkiem-widmem. Na szczęście, nawet na dawno zamkniętej stacji benzynowej, zawsze znajdzie się jakiś człowiek, który poratuje łykiem wody, gorącą herbatą lub bochenkiem chleba z sardynkami w puszcze. Tak naprawdę w Saharze Zachodniej są tylko dwa duże miasta – Laayoune i Dakhla, oddalone od siebie o prawie 500 km (dla nas to tydzień drogi).  Pierwsze z nich to prawdziwa metropolia otoczona piachem. Pełna zielonych palm, oświetlonych nocą fontann, modnych kafeterii i przede wszystkim żołnierzy. To tutaj po raz pierwszy widzieliśmy prawdziwy PUB, wyzwolone kobiety szukające męża w mundurze, przybytki, w których mundurowi niekoniecznie szukają żony, i na to wszystko ONZ pilnujące porządku. Ale nie ma co narzekać, bo w każdej kawiarence jest WI-FI :)

 

 

A o Dakhli napiszemy jak tam dojedziemy :)

Trochę martwi nas fakt, że z dnia na dzień wiatr przybiera na sile. Tutejsza zima to okres w którym wieje harmatan – silny i zimny wiatr ciągnący z pustyni tumany kurzu i piasku. W dodatku grudzień to miesiąc w którym wieje on z południa, czyli nam prosto w twarz. W dzień jest nawet przyjemny, bo pomaga znieść  40 stopniowy upał, ale w nocy, kiedy temperatury spadają do 10 stopni robi się naprawdę zimno, a rozstawienie namiotu zaczyna przypominać kitesurfing na piasku.

 

To właśnie z powodu wiatru  poświęcamy dużo czasu na znalezienie miejsca na nocleg. Najczęściej ratują nas pojawiające się co kilkadziesiąt kilometrów stacje przekaźnikowe telefonii komórkowej, których mury, jak już odgarnąć hałdy śmieci, stanowią jedyne dostępne schronienie przed wiatrem.

 

Czasem jednak wieczór dopada nas w szczerym polu, a raczej piasku. Nie pozostaje nam wtedy nic innego jak zbudować swój własny wiatrochron.

 

Na szczęście wraz z coraz silniejszym wiatrem pojawia się też coraz więcej wydm i robi się jakoś bardziej „saharyjsko”.

 

Jednak przed nami jeszcze 600 km, czyli kolejny tydzień walki z wiatrem i piachem. Staś postanawia przyspieszyć przeprawę i wsiada w autobus do Dakhli. My obwieszamy rowery blisko 20 litrami wody i mamy nadzieję dotrzeć tam za kilka dni. Zatem trzymajcie kciuki, co by wiatr zechciał nam w końcu zawiać w plecy :)