Tam gdzie kończy sie droga…

Tam gdzie kończy sie droga…

komentarzy 12

Nie jest łatwo pisać siedząc w podkurczonej pozycji, z latarką na głowie, gdy na zewnątrz wiatr przesypuje piasek na pustyni, a temperatura spadła z 35 stopni w dzień do 10 w nocy. Jednak zanim opowiemy wam o życiu cyklisty na Saharze, musimy nadrobić wcześniejszych kilkaset kilometrów. O Saharze w następnym odcinku ;)

Kontynuując naszą podróż wzdłuż wybrzeża Atlantyku dotarliśmy do Essaouiry – drugiego po Marakeszu kultowego miasta Maroka. To obowiązkowy punkt każdej wycieczki, choć tu się nic nie zwiedza, tu się „bywa”.  Morze turystów godzinami popija kawę w modnych kafejkach, wcina rybne tadżiny w portowych kanajpkach, kupuje kolorowe dywany i srebrną biżuterię, a wieczorem, już po kilku „happy cakes”, czyli ciastkach z domieszką haszyszu, relaksuje się w na tarasach swoich hoteli.

 

My tymczasem udaliśmy się do portu. Wpadliśmy na pomysł, że trudny, bo bardzo górzysty, odcinek do Agadiru pokonamy „jachostopem”. Niestety okazało się, że zabrać nas mogą jedynie rybacy i to nie do Agadiru, tylko na nocne połowy. No trudno, nie ta pora dnia, nie ta pora roku…

 

 

Po dłuższej wizycie w porcie Essaouira odsłoniła nam swoją drugą twarz. Zza kolorowych straganów i drogich knajpek wyłonili się mieszkańcy miasteczka.  Liczni rybacy, kobiety handlujące drobnicą, zaaferowani kupujący i krzykliwe mewy polujące na najdrobniejsze choćby odpadki. Prawdziwe życie toczy się właśnie tu, w porcie, wokół połowów – szczególnie trudnych zimą. Przemoczeni rybacy chronią się przed zimnem pod kilkoma kurtkami ponakładanymi jedna na drugą, czapkami, kapturami i chustami, osłaniającymi nie tylko przed przenikliwym wiatrem, ale także silnym odorem rynsztoka i rybnych odpadów.

 

Po nieudanym poszukiwania transportu drogą morską rano ruszamy dalej na południe. Zmęczeni turystycznym charakterem miast wybrzeża za Tiznitem postanawiamy odbić od głównej drogi i poszukać przygody na trasie oznaczonej na naszej mapie jako „droga gorszej jakości/miejscami bez asfaltu”. Zaczęło się cudownie. Widoki dosłownie zapierały dech w piersiach, asfalt równiutki a ruch samochodowy niemal nieodczuwalny.

 

Jednak jak zawsze wszystko co dobre szybko się kończy. Tak też się stało z naszą drogą. Po prostu w pewnym momencie się skończyła, dosłownie. Dalej byliśmy w stanie już tylko pchać rowery po kamieniach i kolczastych krzewach.

 

Po godzinie szukania „zagubionej drogi” poddaliśmy się i jakoże okoliczności przyrody były zachęcające rozbiliśmy obóz w delcie rzeki i postanowiliśmy przy ognisku obmyślić jak się stąd wydostać ;)

 

Rano chłopaki poszli szukać ratunku ;) I znalazł się. Cudowny,  kanciasty Land Rover Santana. Ach, co to była za jazda… Już planujemy następną wyprawę na czterech kółkach ;)