W baobabowym lasku

W baobabowym lasku

komentarzy 6

Wybierając się w podróż rowerową przez Afrykę człowiek wyobraża sobie, że będzie pedałował po czerwonej ziemi, wśród baobabów, uśmiechniętych dzieci i małp przebiegających przez drogę. Tak przynajmniej było z nami. Jakoś nie dopuszczaliśmy do siebie faktu, że na przykład będziemy musieli wydostać się z Dakaru. Ogromnego, brudnego i hałaśliwego miasta z którego codziennie wjeżdżają setki ciężarówek zapychających nasze nosy spalinami, gdzie zamiast baobabów ciągną się przedmieścia usłane śmieciami i potrąconymi zwierzętami, a dzieci nie są uśmiechnięte tylko chcą prezenty. W dodatku jak tylko za plecami zniknął Dakar przed nami od razu pojawiało się kolejne duże miasto, a za nim kolejne i kolejne i tak przez prawie 150 kilometrów. Odchodziliśmy od zmysłów, ale niestety nie było żadnej alternatywy.

 

Oryginalnie nasza trasa miała prowadzić przez spokojniejszą, mniej zurbanizowaną część Senegalu, ale sytuacja polityczna w sąsiednim Mali zmusiła nas do modyfikacji planów. Zamiast kierować się na Bamako, jechaliśmy na południe w kierunku Gwineii. W północnym Mali od dawna trwał konflikt z Tuaregami, którzy domagali się utworzenia swojego państwa, jednak w ciągu ostatnich kilku miesięcy rebelianci zaczęli się przesuwać na południe i sytuacja zrobiła się na tyle poważna, że senegalskie media mówiły nie o konflikcie, a o wojnie w Mali. Długo zastanawialiśmy się, czy nie spróbować jednak przedrzeć się na południe od Bamako, bo objazd przez Gwineę i Wybrzeże Kości Słoniowej to dla nas dodatkowy 1000 kilometrów, ale ostatecznie gdy Francuzi zdecydowali się na interwencję i codziennie mijały nas konwoje z żołnierzami decyzja stała się prostsza. Ciarki nas przechodziły za każdym razem, gdy uzbrojone po zęby francuskie chłopaki machały do nas z uśmiechem wykrzykując „Bonne chance”, czyli „Powodzenia”. Przecież oni jechali na wojnę, my jechaliśmy tylko „na wakacje”…

 

Ponieważ dzielenie drogi z ciężarówkami i czołgami nie szczególnie przypadło nam do gustu po trzech dniach postanowiliśmy skręcić w pierwszą boczną ścieżynkę na którą trafimy. Założyliśmy, że potem jakoś uda nam się wrócić na trasę, mimo, że nasza mapa nie dawała nam takiej nadziei;)

 

No i skręciliśmy … w piękną, czerwona dróżkę prowadzącą przez baobabowy lasek. Jak ręką odjął zniknęły ciężarówki i francuskie czołgi, hałas i spaliny. Raptem niecałe 200 kilometrów od Dakaru, kilkaset metrów od głównej drogi krajowej, pojawiły się malutkie wioseczki z glinianymi domkami krytymi strzechą, dzieciaki krzyczące na nasz widok „Tubab, tubab” i oczywiście baobaby, wszędzie baobaby!

 

Kemping rozbiliśmy w ustronnym miejscu, które wieczorem wydawało się idealnym na nocleg. Jednak rano, gdy otworzyliśmy oczy, dokoła namiotu zebrała się już gromadka ciekawskich dzieci. Siedząc nieruchomo, niemal ze wstrzymanym oddechem, obserwowały każdy nasz ruch. Starsze dzieciaki szeptem tłumaczyły młodszym co robią Tubaby. A Tubaby składały namiot, myły zęby, przeskakiwały z nogi na nogę bo chciało im się siusiu, chowały się za drzewo żeby się przebrać i w ogóle była kupa śmiechu bo straszne dziwactwa robiły te Tubaby;)

 

Jak się w końcu wygrzebaliśmy dzieciaki zaprowadziły nas do studni i chwilkę potem zaopatrzeni w wodę ruszyliśmy dalej. W następnej miejscowości udało nam się troszkę wypytać gdzie jesteśmy i na jakie wioski się kierować, żeby jechać mniej więcej w kierunku, który potrzebowaliśmy. Nikt nam jednak nie powiedział (a może powiedział tylko nie zrozumieliśmy) że w pewnym momencie drogę przetnie rzeka i na drugą stronę trzeba przedostać się promem. Niby żaden problem, tylko że prom pływa dwa razy dziennie i do najbliższego mamy 6 godzin! Trochę utknęliśmy … ale za to chłopaki pracujący na pobliskiej budowie pokazali nam gdzie możemy się bezpiecznie pokąpać i dobrze zjeść. Nie przesadzając Adaś wyszedł z wody tylko na 15 minut potrzebne mu żeby zjeść rybę z ryżem i wypić cafe tuba. Ja w tym czasie próbowałam wytłumaczyć Pani przygotowującej nasz posiłek dlaczego nie mamy jeszcze dzieci i dlaczego, pomimo tego jawnego niedopatrzenia,  Adaś ciągle nie wziął sobie drugiej żony;)

 

 

Jak w końcu przypłynął nasz prom i zaczęło się wielkie ładowanie. Nas jako pierwszych wygodnie usadzono, ubrano w odblaskowe kamizelki ratunkowe i kazano czekać. Godzinę później prom był gotowy do wypłynięcia. Jakimś cudem udało się upchnąć kilkanaście samochodów, kilka motorów, ze sto osób, dwie drące się w niebogłosy kozy, kury w koszu wiklinowym, miski wypełnione suszonymi rybami, wiadra po pomarańczach i kanistry po wodzie, miliony drobnych pakunków i pakuneczków no i dwa rowery. Prom wyglądał na tak przeładowany, że gdyby nie fakt, że nie mieliśmy się jak ruszyć, bo z jednej strony przygniatała nas miska z patatami (o ironio!) a z drugiej kosze bananów, to chyba byśmy uciekli… Na szczęście cali i zdrowi dopłynęliśmy do brzegu, tylko zanim wszyscy i wszystko się wysypało zrobiło się kompletnie ciemno a my nie mieliśmy gdzie spać. Postanowiliśmy poszukać gościny na posterunku żandarmerii, która w sąsiedniej Mauretanii nie raz nas ratowała z opresji. No cóż… nie w Senegalu. Nie, bo nie, czy jakieś tam błahe powody. Generalnie niedaleko jest oberża (45 kilometrów!) i tam mamy jechać. Czyli jedziemy szukać jakiś krzaków… Z latarkami na głowach przedzierających się przez rów znalazła nas Pani, która kilka godzin wcześniej przygotowała nam pyszny obiad i z którą obgadywałam nasze życie rodzinne. Bez wahania zaprosiła nas do siebie – do malutkiej wioski położonej 4 kilometry dalej. Późnym wieczorem, przy wspólnej misce kuskusu z mlekiem w proszku, poznaliśmy piątkę dzieci Pani Aminy. Później, przy czajniczku herbaty tym razem to nasza gospodyni opowiedziała o swojej rodzinie. W gospodarstwie w którym spaliśmy poza naszą znajomą mieszkają jeszcze dwie inne żony męża Pani Aminy i oczywiście ich dzieci. Pan domu pracuje w Dakarze i przyjeżdża do wioski tylko raz na jakiś czas zostawić pieniądze i spełnić inne obowiązki małżeńskie;) Podczas jego nieobecności wszystkie żony pracują. Pani Amina prowadzi małą jadłodajnię po drugiej stronie rzeki, obok dużej budowy. Codziennie wstaje o 5 rano i idzie cztery kilometry na prom niosąc na głowie świeże produkty potrzebne do przyrządzenia jedzenia . Od siódmej rano do siódmej wieczorem sprzedaje robotnikom śniadanie, obiad i oczywiście cafe tuba. Potem wsiada na prom, wraca do wioski, myje się, przyrządza dzieciom kolację i siada do przygotowywania komponentów na jutrzejsze śniadanie. Najwięcej czasu zabiera przygotowanie majonezu, który zamiast masła jest podstawą porannej kanapki. Ponieważ nie ma lodówki co wieczór musi przygotowywać świeży. Koło 23:00 Pani Amina kładzie się spać, bo za 6 godzin pobudka. Zapytałam ją co robi tylko dla siebie, kiedy nie pracuje. Odpowiedziała, że śpi…

Rano, choć naszej gospodyni już dawno nie było, poszliśmy do pobliskiego sklepiku i kupiliśmy trochę produktów spożywczych, które zostawiliśmy jako podziękowanie za gościnę. Kupiliśmy też drobiazg tylko dla pani Aminy…