Afryka nie zawsze piękna i kolorowa…

Afryka nie zawsze piękna i kolorowa…

komentarzy 8

Wybrzeże Kości Słoniowej – brzmi zachęcająco, prawda? Przywołuje na myśl dzikie plaże, palmy, drinki z parasolką, gęste lasy no i oczywiście słonie. Brzmi zachęcająco. Brzmi.

W czasach kolonialnych Cote d’Ivoire (franc.) było oczkiem w głowie Francuzów. Kawa, kakao, ananasy, olej palmowy, kauczuk – niemal 40% całkowitego eksportu z Afryki Zachodniej pochodziło właśnie z tego kraju. Dzięki bogatym zasobom i bliskiej relacji z Francją jeszcze przez wiele lat po uzyskaniu niepodległości Wybrzeże było lokalnym tygrysem gospodarczym, światowym liderem w produkcji kakao i jednym z liderów w eksporcie ananasów. W imponującym tempie budowano drogi i sieci elektryczne, a analfabetyzm w społeczeństwie spadł o połowę. W Europie mówiło się o „afrykańskim cudzie gospodarczym”, a Cote d’Ivoire stawiano za wzór stabilnego, bezpiecznego kraju pokolonialnego. Tymczasem w 2002 na niemal dekadę kraj podzieliła krwawa wojna domowa. Choć od kilku lat jest tu już względnie spokojnie to o dawnej glorii Ivorańczycy musieli zapomnieć.

Do kraju wjechaliśmy bez większych problemów. Co prawda Panowie mundurowi na granicy nie omieszkali upomnieć się o petit souvenir , ale po naszej grzecznej, choć stanowczej odmowie oddali nam paszporty. Z czasem zaczęliśmy ich nazywać dzieciakami, bo na każdym posterunku ( zatrzymują nas średnio raz dziennie) dopraszali się drobniaków, albo przynajmniej ciasteczek, cukierków czy gum do żucia, a po odmowie obrażali się jak dzieci i z nadąsanymi minami odstawiali karabiny i odsuwali kolczaste zasieki, żebyśmy mogli przejechać. Przez te ciągłe prośby o słodycze trudno ich traktować poważnie, ale z drugiej strony ciarki przechodzą gdy widzimy jak bezlitośnie traktują miejscowych. Większość kierowców już nawet nie dyskutuje, tylko z rezygnacją wychodzi z samochodu (bo leniuchy nawet nie wstają z posterunku, siedzą z wywalonymi nogami i popijają coca-colę albo alkohol) i bez słowa wręczają im banknot. Dopiero wtedy „żołnierz”- wciąż z wywalonymi nogami – pociąga za sznurek przywiązany do kolczastej belki na kółkach (taki super wynalazek, żeby nie musieć się za dużo nachodzić), gwiżdże w gwizdek i kierowca może przejechać. Patrząc na te chciwe, leniwe i często pijane dzieciaki z karabinami nie trudno nam sobie wyobrazić okropieństwa niedawnej wojny. Jak dodać do tego wszechobecne ONZ, informacje o zakazie wstępu z bronią do sklepów, hoteli czy restauracji, powywieszane w miastach plakaty przedstawiające ofiary wojny, domy za trzymetrowym murem i kolczastym ogrodzeniem, czy biznesmenów w towarzystwie ochroniarzy to trudno się tu poczuć swobodnie i czasem patrząc na ludzi powstrzymać w głowie pytanie: ofiara czy oprawca?

Jednak im dalej od rebelianckiej północy tym kraj wydaje się spokojniejszy, a my razem z nim. Jedziemy na południe w stronę Abidjanu, bo chwilowo mamy dość zielonego tunelu i potrzebujemy pogapić się bezmyślnie w błękit oceanu. Tuż przed granicą gwinejsko-iworańska stuknęło nam 5 000 kilometrów więc z tej okazji szarpnęliśmy się na mały portrecik :)

 

Zanim jednak wyłożymy się na plaży musimy pokonać jeszcze kolejne 500 kilometrów przez dżunglę. Na szczęście powoli zaczynamy uczyć się w niej egzystować, a nawet korzystać z jej dobrodziejstw.

 

Kokosy, ananasy, awokado, pomarańcze, banany, mango, papaja,  grejpfruty, a wszystko za grosze i dostępne w każdej wioseczce, często już obrane, pokrojone i gotowe do jedzenia. A przy rzekach… ryby grillowane, wędzone, smażone, gotowane – podobno – żywcem, jak kto chce. Do tego pasta z awokado, grillowane pataty, smażone banany lub po prostu ryż. Mniaaaaaaaaaam!!! Rozwijamy nasze umiejętności kulinarne wymyślając różne makaronowo-owocowo-rybne dania i opychamy się za wszystkie czasy, bo niektórzy nam wytykają, że wyglądamy jak przecinki ;)

 

Oczywiście z lasu wynosi się nie tylko owoce i bulwy czy korzenie roślin. Podobnie jak w krajach ościennych poluje się tu na wszystko co się rusza. Efektem jest niemal absolutny brak zwierzyny. Słynne słonie (od których wzięła się nazwa kraju) zostały już prawie wybite, trochę szympansów ukrywa się w niewielkich parkach narodowych (zamkniętych dla turystów, bo wciąż przebywają w nich rebelianci), a wszelka inna drobnica jest do zobaczenia co najwyżej w garnku lub na lokalnym targu sprzedawana do różnych obrzędów animistycznych i do wykorzystania w medycynie tradycyjnej.

 

Przez miesiąc jaki już jesteśmy na Wybrzeżu mieliśmy okazję zobaczyć pancernika w worku po ryżu– młode chłopaki złapały go w lesie i chciały nam sprzedać za 40 zł – i leśnego szczura który na skutek niekompetencji językowej trafił na nasze talerze… Na szczęście smakował jak golonka z młodej świni.

Niestety podróżując przez Wybrzeże Kości Słoniowej nie da się nie zauważyć, że te życiodajne lasy znikają w niewyobrażalnym tempie. Po raz pierwszy zauważyliśmy ten problem jeszcze w Gwinei, tylko tam skala była zupełnie inna.  Kobiety wycinały lasy maczetami, żeby ugotować na nich obiad. Porąbane na miejscu szczapy, przewiązane kawałkiem szmaty wrzucały na głowę i niosły do wioski. Właściwie w Gwinei nie ma innego paliwa, więc drzewo wozi się nawet do miast. Typowy gwinejski obrazek to ogniska płonące przed każdym domem, na ulicy a przy nich kobiety gotujące ryż w wielkich, żeliwnych garach, a dokoła mężczyźni i dzieci korzystają z odrobiny światła jakie dają żarzące się szczapy.

 

Gwinejskie lasy masowo ulegają także „samozapłonowi” – według oficjalnej wersji – a na ich zgliszczach powstają nowe wioski i pola uprawne.

 

Jednak Wybrzeże w tej kwestii bije niechlubne rekordy. W przeciągu ostatnich 50 lat kraj stracił 1/3 swoich lasów. Lata największego rozwoju to jednocześnie lata największej destrukcji. W latach 70 i 80 Wybrzeże eksportowało więcej drzewa niż Brazylia, kraj prawie 20 razy większy! Dziś statystyki pokazują, że kraj traci około 3000 km2 lasu rocznie. Podstawową przyczyną jest oczywiście nielegalny wywóz drewna, głównie na meble i parkiety do Europy, ale także masowa wycinka pod plantacje kakao, kauczuku i palm oliwnych.

 

Często zatrzymujemy się na nich na noc, bo jest tam mniej insektów niż w lesie. Te duże zazwyczaj należą do Niemców, Anglików, Francuzów, którzy raz na jakiś czas wychodzą ze swoich willi – twierdzy w Abijanie i przywożeni w klimatyzowanych terenówkach przez swoich czarnoskórych kierowców kontrolują włości.  Trochę się dziwią jak nas widzą, ale generalnie nie mają nic przeciwko naszemu dziwacznemu obozowisku. Przy każdej takiej plantacji jest campment w którym mieszkają pracujące na plantacji rodziny. Rzadko tam zaglądamy, bo nie są to przyjemne miejsca. Najczęściej nie ma tam żadnej infrastruktury, w tym oczywiście toalet. W innych wioskach potrzeby fizjologiczne załatwia się w lesie, ale przy campmentach nie ma lasu, jest plantacja obwieszona tablicami z zakazem defekacji i informacją o grzywnie i groźbie straty pracy. Za toalety służy więc skraj drogi tuż przed lub za wioską, skraj drogi którym my musimy przejechać …  Za to w każdej, nawet najmniejszej mieścinie gdzie nie ma wody, prądu, czy sklepu jest maquis gdzie można kupić alkohol sprzedawany na porcje już za 60 groszy. Czasem wcześnie rano gdy szukamy czegoś na śniadanie zaglądamy do  tych barów, bo zazwyczaj serwują tam też omlet z chlebem i herbatą, a tam impreza na całego i młodzi mężczyźni, którzy nie załapali się do pracy na plantacji, topią smutki w tanim winie palmowym i szukają pocieszenia w objęciach poubieranych w blond peruki dziewczyn (peruka z „europejską” fryzurą to tutaj krzyk mody).

Jednak większość plantacji w kraju należy do drobnych, lokalnych właścicieli. Najczęściej pracują na nich całe rodziny, w tym dzieci. Niby nie ma w tym nic dziwnego, u nas też w czasie żniw na polu pracują wszyscy domownicy. Tylko tutaj sezon na np.: zbiory kakao jest prawie cały rok i dzieci nie posyła się do szkoły bo są zbyt potrzebne do pracy. Na plantacjach tego światowego lidera w produkcji  kakao pracuje od 200 do 800 tys.  maluchów (różne raporty różnie podają, gdyż dokładna liczba jest oczywiście trudna do skalkulowania). Co gorsza kilkanaście tysięcy z nich jest zmuszana do niewolniczej pracy. Najczęściej zostały wywiezione z ościennych krajów, sprzedane do pracy przez swoje rodziny lub odpracowują bliżej nieokreślone długi rodziców. Codziennie rano mijają nas gromady jedenasto/dwunastolatków, które wyposażone w maczety lub sprzęt do opryskiwania pestycydami idą do pracy. Ubrane w łachmany, bez wody czy jedzenia przez 12 godzin będą wyłuskiwać nasiona dla np.: Nestle.

Trochę żeśmy posmęcili, ale Afryka nie zawsze jest piękna, kolorowa i wesoła i nie mówienie o tym niestety tego nie zmieni…