Zielony tunel

Zielony tunel

komentarzy 7

Kiedy pierwsi Europejczycy zdobywali afrykański kontynent swoje osady zakładali na wybrzeżu. W głąb interioru zapuszczali się nieliczni, głównie poszukiwacze przygód i handlarze niewolników. Powodów było wiele. Im dalej od oceanu tym trudniejszy klimat, gęstsze lasy, a w nich dzikie zwierzęta, nieprzyjazne ludy i nieznane choroby. Nas los rzucił nie tylko w głąb interioru, ale w głąb lasu deszczowego, więc przeczuwaliśmy kłopoty… i to tym razem większe niż sraczka.

 

Z dużą dozą nieśmiałości zagłębialiśmy się w tą zieloną otchłań stale zastanawiając się co czeka nas za zakrętem…

 

…tymczasem każdy kolejny zapierał dech w piersiach! Gwinea postanowiła nas jeszcze trochę porozpieszczać zanim zamieniła naszą rowerową przygodę w rowerową szkołę przetrwania.

 

Tak, za dnia Gwinea była dla nas zielonym rajem, za dnia … ale w nocy nasz afrykański sen zaczynał przypominać koszmar. Czemu? Zacznijmy od poszukiwania miejsca na nocleg. Otóż te malownicze, zielone zbocza które tak nas zachwycają są tak malownicze i zielone dzięki gęstym lasom, w które bez maczety właściwie nie da się wejść. My mamy scyzoryk i średniej wielkości nóż kuchenny i jakoś nie bardzo się sprawdzają w roli poskramiaczy dzikiej roślinności.

 

Przedzierając się przez zielony tunel jak tylko uda nam się wypatrzeć choćby najmniejszą ścieżynkę dajemy w nią nura i tam zazwyczaj udaje nam się znaleźć kilka metrów kwadratowych na których rozstawiamy namiot.

 

Mając zapewniony dach nad głową zabieramy się za przygotowywanie kolacji. I wtedy zabawa zaczyna się na dobre… Podstawowa zasada jaką kierowaliśmy się do tej pory to nie jeść w tym samym miejscu co śpimy. Zapachy i resztki jedzenia przyciągają całą masę stworzeń, których obecnosć nie jest porządana na biwaku. Niestety tu nie bardzo mamy wybór. Alternatywą jest jedzenie w sporadycznie pojawiających się wioskach (jednak po serii zatruć mamy wstręt do gwinejskiej kuchni) albo rozłożenie się na jezdni (dosłownie, bo nie ma tu nigdzie pobocza) co grozi rozjechaniem przez szalonych kierowców busików i taksówek. Z tego wachlarza możliwosci wybieramy starcie z leśnymi stowrami. Jako pierwsze znajdują nas malutkie muszki. Niby nie groźne, bo nie gryzą tylko spijają pot ze skóry, ale jako, że obsiadają nas w ilości setek sztuk i włażą do uszu, oczu, buzi i wszędzie indziej gdzie znajdą dostęp, są naszym wrogiem numer jeden. Nas zczęście muszki kończą się wraz z zachodem słońca. Wtedy przychodzi kolej na mrówki, tysiące rodzajów mrówek. Od zwykłych czarnych, przez wielkie czerwone do ogromnych żółtych i na termitach skończywszy. Na początku najbardziej wystrzegaliśmy się żółtych bo ich ugryzienie boli jak przypalenie papierosem. Potem zorientowaliśmy się, że żółte to pikuś bo poboli pół godziny i przestanie, ale za to ugryzienie czerwonych… swędzi przez cztery dni i nie da się podrapać bo od razu ropieje i potem goi się tydzień. Do mrówek szybką dołączają komary. Deszczowe lato nad jeziorem w Polsce to nic w porównaniu do tego komarowa. Jak dodać do tej gromady pająki wielkości pięści i inne, mało urodziwe stworzenia to się okazuje, że człowiekowi właściwie nie chce się jeść i paczka herbatników w namiocie mu wystarczy ;)

 

Dostosowując się do nowych warunków zaczynamy poszukiwania obozowiska dużo wcześniej niż zazwyczaj, tak żeby tuż przed zachodem słońca być już po kolacji, myciu i bezpiecznie siedzieć pod moskitierą.  Efekt jest taki, że niektórzy z nas o godzinie 18 już śpią ;)

 

Ale na swoje usprawiedliwienie muszę powiedzieć, że upał i wilgotność jest tak nieznośna, że codziennie wstajemy o 5 rano, żeby jak najwięcej przejechać przed południem, więc śpiochy muszą jakoś wyrównać ilość snu ;)

Na koniec wymieniania licznych przyjemności związanych z kempingiem w lesie deszczowym nie można zapomnieć o …. deszczu! Teoretycznie w Gwinei i na Wybrzeżu Kości Słoniowej załapaliśmy się na porę suchą, ale Matka Natura postanowiła nam sprzedać pełny pakiet rozrywek jakie ma tu do zaoferowania więc pora deszczowa przyszła w tym roku o ponad miesiąc wcześniej! Jak nagle zrobiło się granatowo i na niebie pojawiły się pierwsze od Maroka chmury deszczowe to od szczęścia omal nie pospadaliśmy z rowerów. Jak cudownie odświeżające były te pierwsze krople deszczu!

 

Mniej przyjemne było za to jeżdżenie po drogach spływających czerwonym błotem, obtarcia na tyłkach od wilgotnych ciuchów i składanie niemającego szansy wyschnąć namiotu.

 

Nie żeby nie było fajnie ;) jak ale mokrzy i zżerani codziennie przez tysiąc insektów doczłapaliśmy się po wielu dniach do misji katolickiej gdzie gościnne siostry zaoferowały nam schronienie to pomyśleliśmy, że jednak opatrzność nad nami czuwa. Teraz wypoczynek przy świetle świeczki i codzienne noszenie wody ze studni wydają się wygodami porównywalnymi chyba tylko do noclegu w Sheratonie.