Deszczowa piosenka

Deszczowa piosenka

komentarzy 5

Jest pierwsza w nocy, kiedy donośne bębnienie i nieco histeryczne śpiewy zrywają nas na równe nogi.  Nie bardzo wiemy co się dzieje. Rozbiliśmy namiot na plantacji w pobliżu niedużej wioski, która wcześniej wydawała nam się bardzo spokojną, tymczasem dochodzące z niej dzikie dźwięki wywoływały na naszej skórze gęsią skórkę. Zaspani wygrzebaliśmy się z namiotu, żeby sprawdzić co się dzieje. Nad wioską unosiła się ogromna łuna bijąca od ogniska. Nie odważyliśmy się podejść bliżej. Był środek nocy i nasza wyrwana ze snu wyobraźnia podpowiadała nam niestworzone scenariusze tego co się dookoła tego ogniska właśnie może dziać. Kiedy dwie noce później i prawie 200 kilometrów dalej znowu obudziło nas monotonne bębnienie, które tym razem nie pozwoliło nam zasnąć do 5 rano, temat zaczął być nie tylko interesujący, ale także irytujący. Przyszła pora, żeby go zbadać. Nie łatwo było wyciągnąć od ludzi wyjaśnienie obrzędu, który pod osłoną nocy odbywał się w wiosce. Po części dlatego, że w kraju, w którym podziały religijne doprowadziły do prawie dziesięcioletniej wojny domowej niechętnie się dyskutuje na tematy wiary, a po części dlatego, że Ivorańczycy bardziej byli zainteresowani nami i tym czy zaprosimy ich do Polski niż opowiadaniem o swojej kulturze. Jednak jedno udało nam się ustalić: chodziło o deszcz. Nadchodząca wielkimi krokami pora deszczowa to w Afryce czas tak wyczekiwany jak w Polsce wiosna po długiej zimie. Spalona słońcem ziemia w końcu odżywa, w rzekach wzbierają wody, a temperatura spada o kilka stopni pozwalając odetchnąć po wielomiesięcznych upałach. Jednak pora deszczowa może być udana lub nie, deszcze mogą być mniej lub bardziej obfite, decydując często o życiu lub śmierci. Zazwyczaj są to krótkie, ale intensywne opady zdarzające się kilka razy dziennie. Jednak zbyt rzadkie lub krótkie nie pozwalają się ziemi zregenerować, a z kolei zbyt obfite powodują powodzie co w jednym i drugim przypadku może się skończyć klęską głodu. Mimo, że dla nas deszcze to duże utrudnienie, solidaryzujemy się z Ivorańczykami i upaprani po kolana w czerwonym błocie z zachwytem obserwujemy jak Afryka budzi się do życia.

 

Niemal w tym samym momencie gdy nasze sigmy pokazują 6 000 kilometrów na horyzoncie wyłania się widok odciągający naszą uwagę od bujnej zieleni. Abidjan. Trzy i pół milionowa metropolia, miasto legenda, przyćmiewające swoją sławą nawet Dakar. Najchętniej ominęlibyśmy je szerokim łukiem, ale stęsknieni oceanu postanowiliśmy pocieszyć się nim jeszcze trochę w Ghanie i musimy załatwić związane z tym wizowe formalności.

 

Po niesamowicie trudnym (i niebezpiecznym) dla rowerzysty wjeździe do miasta przywitały nas szklane wieżowce, Chryslery, Bentleye, reklamy zachodnich marek, babki w garsonkach i kolesie z IPhonami.  Z rozdziawionymi buziami przejeżdżaliśmy obok eleganckich butików, wykwintnych restauracji, hoteli z pokojami po 300 dolców i ludzi zabieganych jak na nowojorskim Wall Street. Nie mogliśmy uwierzyć, że kilkadziesiąt kilometrów stąd ludzie mieszkają w glinianych lepiankach, załatwiają się w lesie i przy ognisku modlą o deszcz!

 

Spoceni, umorusani i spaleni słońcem zaglądaliśmy do kolejnych hoteli z nadzieją, że uda nam się znaleźć taki, z którego nas od razu nie wyrzucą za błoto na marmurowej posadzce. W końcu ktoś nas skierował do miejsca na naszą kieszeń. Hotel wyglądał na czysty i bezpieczny więc nie zraziliśmy się pytaniem recepcjonisty „na ile godzin chcemy pokój” i spokojnie wytłumaczyliśmy, że szukamy hotelu na kilka nocy. „Aha, to zawołam menadżera”. No tak, nietypowi klienci ;) Na szczęście znalazł się dla nas fajny „apartament” na dachu z dala od innych gości i ich towarzyszek. Kilka godzin po nas trafił do hotelu Frank – obieżyświat z niemieckiego Rostocka. Niestety nie miał już tyle szczęścia i na swoją dość obskurna norkę musiał poczekać do 21 bo dopiero wtedy się zwolniła…

Rano razem z Frankiem udaliśmy się do ambasady Ghany. Odbiliśmy się już o sekretariat. Pani recepcjonistka na nasz widok niechętnie oderwała się od czytanej właśnie porannej prasy i zażądała okazania standardowych dokumentów oraz zaproszenia do kraju i potwierdzenia rezydentury/obywatelstwa Wybrzeża Kości Słoniowej (którego oczywiście nie mieliśmy). Próbowaliśmy jej wytłumaczyć czemu nie załatwiliśmy wizy przed wyjazdem, ale nasze opowieści o wielomiesięcznej podróży rowerowej, zmianie trasy z powodu wojny w Mali, zmęczenia przedzieraniem się przez las tropikalny były wyraźnie nieinteresujące . Baba po prostu czytała dalej gazetę nie zwracając na nas i nasze opowieści żadnej uwagi.  Oburzeni jej zachowaniem zażądaliśmy rozmowy z jej przełożonym. Wyszedł do nas elegancki chłopak lat może dwudziestu i bardzo grzecznie nam wytłumaczył, że wizę turystyczną możemy załatwić tylko w ambasadzie w naszym rodzimym kraju. Tym razem opowieści o naszych przygodach spotkały się z całą serią „achów” i „ochów”, ale podsumowanie naszego półgodzinnego monologu było krótkie. „Przykro mi, ale nic nie mogę dla was zrobić.” No to zażądaliśmy rozmowy z konsulem, ale i tu nic nie wskóraliśmy poza obietnicą próby kontaktu z ministrem turystyki i sportu w Akrze, który mógłby ewentualnie zezwolić na wydanie nam wiz. Na decyzję mieliśmy czekać do miesiąca… Aż tak nam nie zależało! Nie to nie! Jedziemy zatem na północ do Burkiny Faso. Może i nie ma tam oceanu, ale przynajmniej Pani konsul przyjęła nas z otwartymi ramionami i wydała nam wizę jeszcze tego samego dnia. Cięty dowcip Pani konsul nakłonił nawet towarzyszącego nam Franka do odwiedzenia Burkiny mimo że po przeprawie w ambasadzie Ghany stwierdził, że ma już dość Afryki Zachodniej i wraca do Niemiec. Urzędowe sukcesy i porażki uczciliśmy przepysznym futu z kozim gulaszem i sokiem cytrynowym podanym elegancko w słoiku po dżemie ;)

 

Na następny dzień Frank wsiadł w pociąg do Banfory, pierwszego większego miasta w Burkinie a my siedliśmy do mapy zaplanować dalszą trasę. Musieliśmy z powrotem przedrzeć się na północ kraju. Kiedy podliczyliśmy, że do granicy mamy ponad 600 kilometrów (z czego zdecydowana większość przez obrzydły już nam las tropikalny) w kraju, który nam się nie podobał, a w którym i tak już spędziliśmy półtorej miesiąca postanowiliśmy pójść w ślady Franka. Do tego gorliwe modły o deszcz przyniosły spektakularny skutek i pora deszczowa rozpoczęła się na dobre. Przedzierając się na stację kolejową przez miasto spływające rwącymi strumieniami śmieci (Abidjan jest położony na wzgórzach)  nie mogliśmy być bardziej szczęśliwi, że opuszczamy to miasto.