Jesus Christ Superstar

Jesus Christ Superstar

komentarze 4

Wybrzeże Kości Słoniowej to nasz jak dotąd najmniej ulubiony kraj w Afryce Zachodniej i na pewno nikogo nie będziemy namawiać do spędzenia tu wakacji, ale jak to się mówi? Nie ma brzydkich kobiet, tylko czasem wina brak

 

Tak, z litrem zimnego piwa, piaskiem pod bosymi stopami i widokiem na ocean nawet Wybrzeże Kości Słoniowej da się lubić ;)

Po wielu miesiącach spędzonych w muzułmańskiej części kontynentu dotarliśmy nad chrześcijańskie wybrzeże.  Przekroczenia symbolicznej granicy pomiędzy światem Koranu a światem Biblii nie da się przegapić. Wieprzowina i alkohol zawitały do menu, meczety zastąpiły kościoły wszelkich wyznań, wszędzie misje i szkoły katolickie albo ewangelickie, a dzieci, strofowane przez zakonnice, żeby grzecznie się zachowywały, wołają na nas zamiast po prostu le Blanc (biały) – Madame la Blanche, Monsieur le Blanc (Pani Biała, Pan Biały).

Chrześcijaństwo zawitało na Czarny Kontynent wraz z pojawieniem się pierwszych kolonizatorów i skusiło wielu Afrykanów dostępem do szkolnictwa oraz obietnicą lepszych posada w administracji kolonialnej dla umiejących czytać i pisać, pobożnych chrześcijan. Jednak Afrykanie  jakoś znaleźli sposób, żeby nauki Chrystusa pogodzić ze swoimi dawnymi wierzeniami i trzeba przyznać, że efekt jest często uroczy. W Sassandrze, w małym miasteczku rybackim gdzie zatrzymaliśmy się na nasze słodkie lenistwo, w niedzielę wybraliśmy się do kościoła. Mimo, że kształtem bardziej przypominał kryty blachą garaż niż europejskie katedry, to nie trudno go było znaleźć. Wystarczyło podążyć za tłumem kobiet ubranych w białe, koronkowe stroje i mężczyzn w letnich garniturach (czyli spodnie i marynarka z krótkim rękawem ). Kościół był wypchany po brzegi, a wszyscy przybyli wesoło rozmawiali, głośno się śmiali i dużo gestykulowali. Gdy pojawił się mężczyzna w białej albie ozdobionej stułą we wszystkich kolorach tęczy, wierni  zamilkli a dla nas rozpoczął się kilkugodzinny spektakl – niestety msza była dla nas absolutnie niezrozumiała, więc wynieśliśmy z niej tylko doznania natury artystycznej. Jednak muszę przyznać, że po godzinie interesujące na początku śpiewy, wesołe  podrygi i rytmiczne klaskanie przy akompaniamencie bębnów dość nas znużyły, tylko – jako że byliśmy jedynymi białymi – nie bardzo dało się wyjść niepostrzeżenie… Zatem wysiedzieliśmy i wyklaskaliśmy do samego końca, czyli dokładnie 3 godziny i 27 minut!

Wcale nie mniej synkretyczne są ivorańskie cmentarze. Mijaliśmy ich codziennie kilka, gdyż większość z nich ulokowana jest przy drodze, tam gdzie udało się wydrzeć dżungli kawałek ziemi. Gipsowe figurki przedstawiające zmarłego, w przypadku wodzów atrybuty władzy, zwierzęta symbolizujące dumę plemienia a do tego Jezus na krzyżu i aniołowie – ciekawe zestawienie ;)

 

Jezus Chrystus zawitał także do rybackiego portu. Lepsze i gorsze wizerunki Zbawiciela na łodzi mają zapewnić  udany połów i bezpieczny powrót do domu. Na wypadek gdyby jednak dawni bogowie mieli lepsze układy z Posejdonem niż ci nowi, na burcie znalazło się także miejsce i dla nich. Obok wyznań wiary typu: Prowadź mnie Panie czy Bóg jest wielki pisanych po francusku są także wersety w lokalnym języku skierowane do Nyame – uznawanej wśród plemion z rodziny Akan za siłę stwórczą. Wiadomo, Bóg chrześcijański mówi po francusku, a lokalny po lokalnemu ;)

 

Ach, no i jeszcze stroje! Większość kobiet i mężczyzn wciąż ubiera się tradycyjnie, czyli w szyte przez wszechobecnych krawców kompleciki. W przypadku kobiet są to obcisłe spódnice, mocno opięte na pośladkach i rozszerzane do dołu, a na górę bluzeczka z bufiastymi rękawami, do tego chusta na głowę i druga do przytroczenia na plecach oseska .  Mężczyźni noszą długie, luźne spodnie i na górę tunikę z krótkim lub długim rękawem. Cały urok tych strojów leży w tradycyjnych, geometrycznych wzorach w które farbowane są tkaniny. Tymczasem jakiś zmyślny biznesmen wymyślił zgoła inne „wzory”. Na przykład Ostatnią Wieczerzę, albo Boże Narodzenie, albo Wniebowstąpienie, Zmartwychwstanie i wiele innych. To wszystko w miniaturze, wielokrotnie powielone i w iście niebiańskich kolorach, czyli błękitach i bielach. Prawdziwy krzyk mody ;)

Nie narzekamy jednak szczególnie na tę mocno uduchowioną atmosferę, gdyż liczni w okolicy misjonarze z Kanady są pod dużym wrażeniem naszej podróży i z tego tytułu fundnęli nam smakowitą rybkę z ryżem. Noooo, głowę rybki z ryżem ;)

 

Właściwie malutką Sassandrę można by nazwać niebem na Ziemi gdyby nie jeden problem, z którym Cote de’Ivoire wyraźnie nie potrafi sobie poradzić:  brak toalet. Spacery po plaży bardzo utrudniają wszechobecne odchody, a bezmyślne gapienie się w ocean zakłócają bardziej wstydliwi rybacy, którzy zamiast na pełnej kolegów plaży załatwiają się do wody … Jednak problem ma dużo poważniejsze konsekwencje niż te estetyczne. Na bosych stopach, nieumytych rękach i przy pomocy tysięcy much ludzkie odchody trafiają na zlokalizowany w porcie targ rybny, gdzie cała okolica zaopatruje się w jedzenie i gdzie znajdują się liczne garkuchnie! Wybrzeże Kości Słoniowej nie jest oczywiście jedynym krajem, który boryka się z otwartą defekacją. Statystyki podają, że co czwarty Afrykanin nie ma dostępu do toalety.  Niestety działalność władz w tym temacie często kończy się na tabliczkach informujących o grzywnie (ok. 70 zł), a tymczasem WHO i UNICEF podają, że na biegunkę wywołaną spożyciem skażonej wody lub jedzenia na świecie umiera co roku więcej dzieci niż na AIDS, malarię i odrę razem wziętych! Wzorem do naśladowania dla Wybrzeża mogłaby być sąsiednia Liberia, której Pani Prezydent (laureatka Pokojowej Nagrody Nobla) swoją kadencję poświęca rozwiązywaniu problemów tak podstawowych jak budowa latryn i edukacja w zakresie higieny.  Można tylko mieć nadzieję, że inni lokalni przywódcy pójdą w jej ślady.