Burkino, UWIELBIAMY CIĘ!

Burkino, UWIELBIAMY CIĘ!

komentarzy 6

„Nasi przodkowie Galowie mieli niebieskie oczy i blond włosy” – dowiadywały się afrykańskie maluchy na lekcji historii we francuskich koloniach. Takich absurdów było całkiem sporo. Czemu? Polityka kolonialna Francji zakładała stworzenie w Afryce „małej Francji”. Afrykańskie dzieci zamierzano wychować na Francuzów, zmuszając je do porzucenia swoich tradycji i niemal całkowitej asymilacji. Jednak niesforne maluchy z plemion Bobo i Senufo nie bardzo uważały na tych dziwacznych lekcjach i chwała im za to! To dzięki nim dawne zwyczaje nie odeszły w zapomnienie, zapewniając tym samym Burkinie Faso pierwsze miejsce na liście naszych afrykańskich faworytów. Burkino, uwielbiamy Cię!

Większość podróżników zagląda w te strony dla stempla w paszporcie z egzotyczną nazwą kraju -Burkina Faso, i jeszcze egzotyczniejszą nazwą stolicy – Wagadugu (Ouagadougou). Nie bardzo jest co tu zwiedzać więc większość dość szybko stąd ucieka do słynnego Kraju Dogonów w Mali lub na złote plaże Ghany. My trafiliśmy tu z musu, do tego w najgorętszym miesiącu, więc nie spodziewaliśmy się, że z nami będzie inaczej. Po ponad dwudziestogodzinnej przejażdżce  z Abidjanu (jedyne 600 kilometrów!) wysiedliśmy z pociągu o czwartej nad ranem i z nogami napuchniętymi z braku ruchu udaliśmy się do wagonu towarowego odebrać nasze rowery i sakwy. Z daleka już widzieliśmy spory tłumek skupiony wokół nich. Wszyscy z pasją naciskali hamulce, przerzutki, dzwonili dzwonkiem i z minami ekspertów stukali w opony. Adamowi od razu krew się zagotowała (takie zabawy zawsze kończą się jakąś awarią) i pomimo słoniowatych nóg w mgnieniu oka przegonił towarzystwo i podając kolesiowi z obsługi bilet poprosił o wydanie naszego bagażu. Pan coś jakby nie skumał bo dalej trzymał rower i nie wyglądał jakby miał zamiar wyciągnąć resztę sprzętu. No to Adam powtórzył. Facet pokazał, że dobra, dobra, ale najpierw chce kasę. W tym czasie ja się doczłapałam i nie będąc w najlepszym humorze po tej komfortowej przejażdżce nieco Pana skrzyczałam, że już zapłaciliśmy za transport rowerów na co ma przed nosem paragon i nie zważając na jego protesty po prostu wyrwałam mu swój rower. Od razu zbiegło się kolejnych trzech i zagradzając mi drogę zażądali napiwku za wystawienie bagażu. Ok, normalnie byśmy podyskutowali z wami mili panowie, ale jest czwarta rano, jesteśmy głodni i śmierdzący i innymi słowy: Z DROGI! Zaczęliśmy się szarpać i zrobiła się mała zadyma. Adam w tym czasie zawołał policję z prośbą o interwencję. Pan policjant rzetelnie obejrzał paragon, schował go do kieszeni i powiedział, że dopóki obsługa i on nie dostaną napiwku to my nie dostaniemy bagażu. No nie! Zaczęła się prawdziwa awantura i omal byśmy nie zauważyli, że pociąg w którym wciąż był nasz cały bagaż odjeżdża. I wtedy właśnie po raz pierwszy w życiu ujrzałam niespotykane zjawisko jakim jest złość Adama. Furia z jaką opieprzał towarzystwo przewyższała nawet moją (ci którzy mnie znają wiedzą że nie jest to łatwe ;), wskoczył do ruszającego pociągu, zaciągnął hamulec bezpieczeństwa czym spowodował zatrzymanie pojazdu i wykrzykiwał, że dzwoni do ambasady. Do naszego małego spektaklu dołączyło teraz kilkaset osób z pociągu. Wszyscy pchali się oknami i drzwiami żeby zobaczyć czemu białas drze się na policjanta. Do akcji wkroczyła żandarmeria. Wzięli nas na posterunek i pociąg odjechał. Zostaliśmy tylko z bagażem podręcznym, rowerami i pianą na ustach. Jak żandarm zaczął, że nie ma się co martwić, za kilka dni pociąg będzie wracał tą samą drogą i wtedy zabierzemy bagaże, Adam z kamienną miną wyciągnął telefon, a następnie długopis. Zażądał imienia i nazwiska policjanta i żandarma, udając, że proszą o to w ambasadzie. No i miny nieco panom zrzedły. Zaczęli tłumaczyć, że to tylko takie wygłupy były i że przecież nie ma powodów do złości i że za godzinę nasze bagaże będą tu z powrotem, a w między czasie tu jest kanapa, herbata, ciasteczka i czujmy się jak u siebie w domu. Przez niemal półgodziny nikt nie odezwał się nawet słowem, aż do momentu gdy zadzwonił telefon. Wasze sakwy jadą prywatnym samochodem, zaraz tu będą. I rzeczywiście, chwilę potem cały nasz sprzęt grzecznie wyładowano na posterunku. Myślałam, że Adam da policjantowi w ryj jak ten zapytał: I poi co te nerwy?, ale na szczęście się opanował. Gdy chwilę później wjechaliśmy do miasteczka i pierwszy napotkany przechodzień powitał nas subtelnym jak zawsze Ej, Biały, daj mi prezent oboje pomyśleliśmy to samo: ZABIERZCIE MNIE STĄD!!!

No tak, nie zaczęło się dobrze. Zdecydowanie potrzebowaliśmy się wyluzować, a nie ma lepszego miejsca na chillout niż wieś, szczególnie taka gdzie są hipopotamy. Bez namysłu odbiliśmy w pylistą drogę wiodącą nad jezioro. Jadąc zacienioną aleją przez niewielkie wioski czuliśmy się lepiej z każdym przejechanym kilometrem.  Pooglądaliśmy hipcie, podroczyliśmy się z ciekawskimi dzieciakami, powcinaliśmy mango prosto z drzewa i nabraliśmy apetytu na więcej, więcej Burkiny. Nigdzie nam się nie spieszyło więc postanowiliśmy się powłóczyć po okolicy.

 

W jednej z mieścin po drodze spotkaliśmy się z Frankiem, który dojechał do nas na motorze. Zadekowaliśmy się na prostym kempingu i poszliśmy wspólnie pobłądzić po okolicznych skalistych labiryntach.

 

Wieczorem przy butelce zimnej Brakiny i talerzu frytek z patatów opowiedzieliśmy sobie przygody ostatnich dni i rano Frank ruszył na poszukiwanie hipciów, a my czegoś, co miejscowi nazywają końcem świata. Kiedy droga zaczęła zamieniać się w coś, co na miano drogi przestało zasługiwać a miejscowi z motorków przerzucili się na wielbłądy wiedzieliśmy, że zbliżamy się do celu. Mijając kolejne wioski nie mogliśmy się oprzeć wrażeniu, że są nawet bardziej klimatyczne niż te w Gwinei. Okrągłe domki budowane z tradycyjnie wyrabianej cegły, kryte strzechą, otoczone urokliwymi spichlerzami na uprawiany tu ryż, starszyzna odpoczywająca w cieniu mangowców, niczym nie skrępowane maluchy, młodzież sprawiedliwie rozdzielająca strącone z drzewa owoce były spełnieniem naszych wyobrażeń o Afryce. Co za cudowna odmiana po smutnym i brzydkim Wybrzeżu Kości Słoniowej!

 

Tylko upał zrobił się nie do zniesienia. Nie byliśmy w stanie przejechać nawet 5 kilometrów bez schowania się choćby na chwilkę do cienia. Pot zalewał nam oczy przez co straciliśmy prawie całą pitną wodę na wypłukiwanie z nich soli, która szczypała niemiłosiernie. W końcu na horyzoncie wyłonił się nasz koniec świata. Niewielka mieścina, gdzie prawie 80% mieszkańców wciąż jest animistami. Pomimo napierających misji katolickich i opanowującego Burkinę islamu w kraju wciąż żywe są wierzenia tradycyjne, zakładające, że duchy zmarłych przebywają we wszystkich roślinach, zwierzętach czy żywiołach i jako takie mogą mieć wpływ na życie ludzi na Ziemi. Stąd na drzewach owocowych wiszą krowie ogony i rogi odstraszające zarazę, dzieciom na biodrach przewiesza się amulet na łańcuszku mający je chronić przed chorobami, a do dawnej wioski, ukrytej przed najeźdźcami wysoko w górach można wejść tylko na bosaka, gdyż jest to święte miejsce. Do dzisiaj składane są tam ofiary z drobnych zwierząt lub plonów mające zapewnić dobrą porę deszczową, obfite zbiory, zdrowie członka rodziny czy pomyślny poród.

 

Naładowani pozytywną energią ruszyliśmy w drogę powrotną w kierunku krainy Bobów, którzy, jak mieliśmy się wkrótce przekonać, szykowali dla nas fantastyczną niespodziankę. No dobra, może nie dla nas tylko dla swoich zmarłych, ale my też byliśmy zaproszeni ;)

Nikt nie wie kiedy będzie miało miejsce Fete de Masque, czyli święto masek. Starszyzna wyznaczy datę gdy w społeczności Bobów umrze określona liczba starców lub ktoś o szczególnym znaczeniu. Przygotowania zaczną się na wiele tygodni przed wyznaczoną datą. Tancerze muszą zrobić swoje stroje i maski, a kobiety przygotować ucztę, w tym uwarzyć tradycyjne piwo.

 

Uroczystość odbywa się w każdym mieście i każdej wiosce, w której mieszkają Bobo. My zostaliśmy zaproszeni na obchody w Bobo-Dioulasso, stolicy plemienia. Nie bardzo wiedzieliśmy czego się spodziewać. Chłopak, który nas zaprosił na obchody w swojej dzielnicy powiedział, że jak wyjdziemy na ulicę mamy się go blisko trzymać i nie robić zdjęć, chyba, że nam powie, że możemy. No dobra… Chwilę później szliśmy ulicami pełnymi ludzi, kurzu, smrodu rynsztoka i dzieciaków handlujących wodą. Najpierw odwiedziliśmy dom rodzinny naszego gospodarza. Przedstawiono nas starszyźnie i wskazano leżaczki na których mieliśmy się do nich przysiąść. Zdjęcia możecie robić tylko przy starszyźnie, bo inaczej zniszczą wam aparat, żeby zniszczyć zdjęcia. Rozumiecie? Wymieniliśmy z Adamem wszystko mówiące spojrzenia: o rany, co tu się będzie działo?!

 

O tym, że uroczystość się zaczęła podpowiedziała nam gwałtowna eksplozja krzyku, płaczu dzieci i trzaskania bata. Niewiele widzieliśmy, aż do momentu jak procesja winna tego zamieszania podeszła do naszego miejsca. I wtedy zobaczyliśmy wodzirejów tego rozkrzyczanego pochodu. Osłonięci maskami i strojami mającymi upodobnić ich do kruków wyposażeni byli w bicze i kije, którymi okładali  uczestników procesji. Nikt jednak nie narzekał, bo tylko w ten sposób można odpędzić złe duchy, które zmarłym utrudniają bezpieczne odejście w zaświaty. Pochłonięci w ekstatycznym tańcu przy akompaniamencie bębnów i piszczałek wyszukiwali ofiary, chłostali je aż te nie uciekły z korowodu i szli tańcząc dalej, do kolejnej ofiary. Gdy jeden z mistrzów masek nas zauważył zamaszyście trzasnął batem i w ruszył w naszym kierunku. Siedzący obok starzec podniósł bez słowa rękę i wściekły kruk zawrócił. Nie bez powodu posadzili nas wśród VIPów. Co prawda uczestnictwo gości w uroczystości nie jest zabronione, ale nie jest też mile widziane.

 

Gdy ciągnący się na wiele setek metrów korowód w końcu się schował za zakrętem, zaczęła się mniej oficjalna część uroczystości, czyli ogólna fiesta. W różnych częściach miasta trwały turnieje w których mieli zostać wyłonieni najlepsi mistrzowie masek, piwo lało się strumieniami i generalnie zrobiło się dość imprezowo. Kilka godzin później, gdy beczki z piwem były już w dużej mierze opróżnione przyszedł czas żeby się oddalić, bo klimat zaczął nieco przypominać spotkanie na stadionie piłkarskim, gdzie wrogie drużyny wyszukują ofiar za pomocą których zamanifestują oddanie swojej drużynie ;) Gdy wróciliśmy do hotelu znowu oboje pomyśleliśmy to samo, tylko tym razem było to: Burkino, UWIELBIAMY CIĘ!