Burkiny część druga

Burkiny część druga

komentarzy 5

Dalsza droga na północ przeniosła nas z powrotem do świata islamu. Jednak muzułmańska Burkina okazała się wcale nie mniej ciekawa niż ta animistyczna. Jadąc wcześniej przez Maroko, Mauretanię czy Senegal widzieliśmy już nie jeden meczet, a przed wschodem słońca budził nas już nie jeden muezin nawołujący wiernych do modlitwy. Jednak Burkinie i w tym temacie udało się nas zauroczyć. Jeszcze w Bobo – Dioulaso absolutnie urzekła nas najeżona architektura tamtejszego meczetu . Wspinając się po wystających belkach wspólnocie od ponad stu lat udaje się dbać o jego glinianą elewację.

 

Jednak tradycje plemienne w pewnym zakresie przetrwały nawet w świecie tutejszych muzułmanów.  Liczne skaryfikacje (zabliźnione nacięcia) na twarzy, klatce piersiowej czy plecach pozwalają określić z jakiego plemienia i z jakiego klanu pochodzi dana osoba, a także jaki jest jej status społeczny. To taka tradycyjna wersja naszego dowodu osobistego ;)

 

Z miasta wyjechaliśmy w niezwykle dobrych jak na ostatnie kilka tygodni nastrojach i po idealnym asfalcie potoczyliśmy się w kierunku Wagadugu, stolicy kraju. Żar z nieba lał się niemiłosierny, ale byliśmy naprawdę szczęśliwi. Tych kilka trudnych tygodni przedzierania się przez lasy równikowe dało nam poważnie w kość, dlatego surowy krajobraz Sahelu jeszcze nigdy nie wydawał nam się tak piękny.

 

Bez robactwa atakującego nas z każdej strony kempingi znowu były łatwe i przyjemne. Bez problemu znajdowaliśmy niewielkie ścieżynki które już po kilkuset metrach doprowadzały nas do idealnych miejsc biwakowych. Jedynym problemem była awaria naszej kuchenki. Fatalna jakość afrykańskiej benzyny spowodowała zapchanie pompki paliwowej i wszelkie próby naprawy sczezły na niczym. Nie pozostało nam nic innego jak gotowanie a la african style, czyli na ognisku ;) W ten sposób pierwszy raz od baaardzo dawna siedzieliśmy sobie przytuleni przy ognisku patrząc na cudowne, różowe lub ognistoczerwone zachody słońca. Full romantic ;)

 

Tymczasem Burkina czarowała dalej. Podróżni na wielbłądach, urokliwe wioseczki, uśmiechnięci ludzie i fantastyczne meczety. Do pełni szczęścia brakowało nam tylko deszczu, który chociaż na chwilę pozwoliłby odetchnąć od 40 stopniowych upałów. Na szczęście Burkina i w tym temacie nas nie zawiodła :)

 

O tym, że dojeżdżamy do stolicy przekonaliśmy się gdy wjechaliśmy na pierwsze w naszej podróży, w pełni  oznakowane skrzyżowanie będące wprowadzeniem do najlepszego asfaltu po jakim mieliśmy okazję pedałować.

 

Nie tylko my z przyjemnością przywitaliśmy te dobrodziejstwa cywilizacji. Dzięki tej idealnej nawierzchni zaradne kobiety i mężczyźni z powodzeniem łamali wszelkie stereotypy dotyczące tego co się da a co się nie da przewieźć na rowerze. Otóż gliniane naczynia w ilości sztuk wielu się da ;)