Na wschód

Na wschód

komentarzy 8

Jeszcze przed wyjazdem zastanawialiśmy się jak ugryźć Afrykę Centralną. Wszyscy nas straszyli tą częścią kontynentu, ale mieliśmy nadzieję, że zanim tam dojedziemy sytuacja się trochę uspokoi. Tymczasem cały czas docierają do nas bardzo niepokojące informacje o Nigerii i Demokratycznej Republice Konga i powoli zaczynamy się oswajać z myślą, że nie da się tych krajów bezpiecznie przemierzyć na rowerach, przynajmniej nie w kierunku który nas interesuje. Przepastne lasy równikowe, brak dróg czy wszelkiej innej infrastruktury, choróbska to jedno. Z tym już się mierzyliśmy. Niestabilna sytuacja polityczna, bandytyzm i powszechna korupcja – to też nam nieobce. Jednak ciągłe ataki terrorystyczne i otwarta wojna to co innego… Odwiedziliśmy ambasady i konsulat, żeby zweryfikować informacje jakie zebraliśmy na temat sytuacji w Kongo i Nigerii. Niestety nie wygląda to dobrze. W Nigerii na północy szaleje Boko Haram – islamscy ekstremiści, którzy atakują chrześcijańskie i zachodnie instytucje. Wiele z nich to Tuaregowie z Nigru, zatem biorąc pod uwagę wojnę w Mali przejazd tam całkowicie odpada. Południe kraju z kolei od zawsze ma najwyższy na kontynencie (poza Johanesburgiem w RPA) poziom przestępczości więc tam też nie ma co się pchać. Może nas od razu nie zabiją, ale jechać z duszą na ramieniu toteż  żadna przyjemność.

Demokratyczna Republika Konga, nazwana niegdyś przez Konrada jadrem ciemności, powoli staje na nogi po prawie dziesięcioletniej wojnie domowej, która pochłonęła 5 milionów ludzi. Jednak wschodnia część kraju (ta przez którą musimy przejechać) to wciąż jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na świecie. Bogaty w liczne złoża (diamenty, złoto, kobalt, miedź czy koltan) region jest polem walk ponad 25 różnych grup rebelianckich. Z armiami odurzonych narkotykami dzieci, bezlitosnymi rzezimieszkami i gwałtami jako rozrywką wschodnie DRC to nie tylko jądro ciemności, to prawdziwe piekło, i im więcej o nim czytam i im więcej pytamy tutaj na kontynencie tym bardziej się go boimy i nie chcemy tam jechać.

Mamy zatem dwa wyjścia: zmienić trasę w taki sposób, że nie zobaczymy Kenii, Tanzanii i Ugandy, a na tych krajach zależy nam zaraz po Namibii najbardziej. W dodatku ta opcja zakłada wiele tygodni w Angoli (jeżeli w ogóle dostaniemy wizy, bo z tym podobno też jest poważny problem) i innych mniejszych krajach, które w naszym odczuciu nie są ani specjalnie atrakcyjne ani bezpieczne. Druga opcja to samolot na wschodnie wybrzeże, najprawdopodobniej do Nairobi, stolicy Kenii. Ta druga opcja pozwoli nam utrzymać nie tylko zdrowie, ale także trasę i zobaczyć te kraje na których nam zależy. Jest oczywiście tylko ten problem – nie przejedziemy całej trasy na rowerach. Stanęliśmy przed trudnym wyborem. Trochę byliśmy podłamani… Co prawda wiedzieliśmy jak się decydowaliśmy na Afrykę, że to trudny kontynent i że będziemy czasem musieli się mu podporządkować, ale zmierzyć się z tym na żywo to coś zupełnie innego. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na samolot do Nairobi i kontynuowanie już stamtąd. Od samego początku mówiliśmy, że nie będziemy się pchać nigdzie za wszelką cenę. Naszym najważniejszym celem była podróż sama w sobie, podróż w głąb kontynentu, ale także w głąb siebie, a to się wcale dla nas nie kończy. Przed nami jeszcze co najmniej 10 000 kilometrów, 8 różnych krajów i na pewno nie jedna przygoda, zatem głowa do góry, rowery do kartonów i w drogę. Afryko Wschodnia – przybywamy z uśmiechami na twarzy!