Hey Johnny!

Hey Johnny!

komentarzy 10

Hej, Johnny! Johnny, jak się masz? – dobiegały do nas zewsząd pozdrowienia. Trochę czasu nam zajęło zanim się zorientowaliśmy, że niejaki Johnny to nie kto inny tylko Adam. W Afryce Zachodniej miejscowi zakładali, że biały jest albo z Francji albo ze Stanów, ewentualnie Kanady. Dla Kenijczyków (Kenia jest byłą kolonią angielską) są dwa rodzaje wazungu: Brytyjczycy i Amerykanie, do obu imię Johnny świetnie pasuje. A jak ja się nazywam? – dopytywałam się zaczepiających nas bodziarzy, czyli kierowców moto-taxi. No oczywiście Kate! A zatem jako Jaś i Kasia pedałujemy sobie spokojnie po pięknej południowej Kenii.

 

No może nie jest aż tak spokojnie…  Ci którzy podróżują z nami od początku pewnie pamiętają, że atencja ze strony Afrykanów nie jest nam obca. Przez te kilka ładnych miesięcy spędzonych na kontynencie zdążyliśmy się już przyzwyczaić do ciągłego przyglądania się, wytykania palcami, żądań pieniędzy i prezentów, a nawet sporadycznych ataków zepsutymi warzywami. Jednak to co się dzieje tutaj jest dla nas sporym zaskoczeniem. Wygląda to mniej więcej tak. Jedziemy sobie poboczem a z naprzeciwka idzie grupka maluchów wracających ze szkoły. W kolorowych mundurkach i z butami pod pachą (żeby się za bardzo nie zniszczyły) żwawo sobie maszerują, wesoło coś opowiadają i śmieją się doniośle. I nagle któreś z nich nas zauważa. Reakcja jest natychmiastowa. Wszystkie, jak jeden mąż w popłochu uciekają w krzaki. Siedzą tam dopóki nie przejedziemy i tylko czubki kędzierzawych pałek wystają zza zarośli. Czasem znajdzie się odważny co wyjdzie na drogę, ale wystarczy że się obrócimy a już zmyka z powrotem do kryjówki. Starsze dzieciaki na nasz widok zazwyczaj zamierają, czasami mamy wrażenie, że nawet przestają oddychać, a jak już przejedziemy zaczynają za nami biec, bez słowa, na bosaka, z tornistrem podskakującymi na plecach. Gdy my się zatrzymujemy, one się zatrzymują, gdy my ruszamy one ruszają za nami. Niczego nie chcą, tylko na nas popatrzeć.

 

Jednak im bardziej oddalaliśmy się od Nairobi tym było gorzej. Po pierwszym szoku na widok wazungu na rowerze przychodził czas na zbiorowe wybuchy śmiechu, klaskanie, gwizdanie, histeryczne tańce dzieci i radosne podskoki. Trzeba sporo cierpliwości i dystansu do siebie, żeby zrozumieć, że w tych reakcjach nie ma zazwyczaj złych intencji. Na przykład któregoś razu zatrzymaliśmy się w małej wiosce gdzie właśnie odbywał się targ. Zaparkowaliśmy w cieniu akacji i ja poszłam na zakupy a Adam został z rowerami. Po kilku minutach wracam, a w miejscu gdzie zostawiłam Adama zebrał się tłum kobiet i mężczyzn i wszyscy się śmieją, coś krzyczą, pchają się. Trochę się przestraszyłam, właściwie nawet bardzo, aż mi pomidory powypadały z rąk. Adaś, co się stało? Krzyczałam przedzierając się przez tłum. A on z uśmiechem na twarzy, mówi: Nic, mówią, że nigdy nie widzieli białego! Trochę dziwne, co? W Kenii, chyba najbardziej turystycznym kraju Afryki, mekce setek tysięcy safarowiczów. Nie mogliśmy się nadziwić. Aż ktoś nam w końcu wytłumaczył. W Kenii nie ma za wielu niezależnych podróżników. Większość wazungu przyjeżdża na zorganizowane wycieczki po parkach narodowych i rzadko kiedy ktoś zapuszcza się w te rejony kraju, gdzie nie sięga turystyczna infrastruktura. Stąd też miejscowi widzą mnóstwo śmigających samochodów, z których przez szyby wystają aparaty cyfrowe, ale nie bardzo mają szansę zobaczyć samego turystę, a co dopiero z nim na przykład porozmawiać. Mając już tą wiedzę z cierpliwością odpowiadamy na dziesiątki pytań na temat tego skąd jesteśmy, co tu robimy, czemu nie mamy samochodu, ile mamy dzieci (obowiązkowe pytanie w każdej rozmowie), jaki jest klimat w naszym kraju, czy też mamy ugali i co jemy skoro ugali nie mamy, czy mamy chociaż kukurydzę i mleko, uf, dobrze, że chociaż to mamy, a ile mleka dają nasze krowy bo kenijskie tylko 5 litrów dziennie, dlaczego jemy świnie i czy aby na pewno nie mamy ugali? I tak po jakiejś półgodzinie w końcu udaje nam się zamówić rzekome ugali (czyli breję z mąki kukurydzianej) z zsiadłym mlekiem lub githeri z gulaszem wołowym i wszystkie trudy międzykulturowej dyskusji zostają nam wynagrodzone, bo jedzenie w Kenii jest przepyszne i tańsze niż gdziekolwiek indziej w Afryce.

 

Jednak gdy dopedałowaliśmy na tereny Masajów okazało się, że ugali to nie jedyna rzecz, której nie mamy w tym naszym odległym wazungulandzie. Nie mamy zebr, dzikich strusi czy antylop. Dla miejscowych to dość podejrzane, bo przecież to takie pospolite zwierzęta!  Powoli zaczynają podejrzewać, że coś chyba zmyślają ci dziwni przybysze!

 

No i jeszcze krowy fotografują! Czemu fotografujesz moje krowy? Bo są ciekawe. Ciekawe? A dasz mi coś za to? Za co? Za to, że fotografujesz moje ciekawe krowy? Raczej nie. Aha, to zrób zdjęcie mi, będzie niedrogo. Raczej nie. Czemu? Przecież masz dużo pieniędzy. No jakoś nie za dużo. Ej, no chyba znowu zmyślasz!

 

No i tak sobie z Masajami dyskutujemy o życiu i pieniądzach, aż tu góra nam przed nosami wyrosła. Wyłoniła się tylko na kilka minut i zanim się nacieszyliśmy widokiem cudownej Kilimandżaro schowała się za chmury i tyle jej było widać. To nic, pogapimy się znowu w Tanzanii, a tymczasem spadamy na północ zobaczyć jak nas przyjmą wojowniczy Samburu i barwni Turkana.