Misja Turkana

Misja Turkana

komentarze 3

Jakieś dziesięć lat temu dostałam od taty pewną książkę, właściwie nie taką zwykłą książkę tylko album, Ludy Świata. Na pięknych fotografiach reporterów National Geographic oglądałam świat, który teraz miałam zobaczyć na własne oczy. Turkana, Samburu, dla świeżo upieczonej studentki etnologii te słowa brzmiały niemal magicznie. Prawię dekadę później udało mi się trochę tej magii przekazać Adamowi i tym samym namówić go na trudny i długi objazd w kierunku, który obiecywał przygodę, ale na pewno do domu nas nie przybliżał. A zatem misja Turkana, czyli jedziemy na północ z zamiarem dotarcia nad jezioro Turkana gdzie mieszkają ludzie, którzy są dumni z tego kim są i swojej kultury nie zamienili jeszcze na Facebooka i YouTube.

 

Prawie jakby dla podkreślenia powagi sytuacji dowiedzieliśmy się , że przekraczamy równik. Nie łatwo było zdecydować która z tablic informacyjnych jest rzeczywiście na szerokości  zero, ponieważ podobne tablice stały niemal przy każdym sklepiku z pamiątkami i restauracji dla turystów na odcinku kilkudziesięciu kilometrów. Na szczęście przy wyborze właściwej pomogła technika, czyli GPS sympatycznych Anglików w jeszcze sympatyczniejszym LandRoverze. Kurcze, mamy słabość do starych samochodów terenowych… No nic, na razie muszą nam wystarczyć nasze LandRowery ;)

 

Dla tych którzy się zastanawiają gdzie nam wypadł ten znamienny moment podpowiemy, że w miejscowości Nanyuki z widokiem na zachodnie zbocza Mt Kenya, najwyższej góry Kenii. Ten ponad pięciotysięczny wygasły wulkan jest niemal tak kapryśny jak jego sławniejsza siostra Kili. Jedną i drugą trudno zobaczyć, bo przez większą cześć roku skrywają je gęste chmury. Proszę wyostrzyć wzrok ;)

 

Im dalej od równika tym surowszy robił się krajobraz. Złote sawanny i zielone akacje wypierały kaktusy, sizal i różne inne kłujki, które siały spustoszenie w naszym sprzęcie. W pewnym momencie na Adama materacu naliczyliśmy 16 dziur!

 

 

Witajcie w prawdziwej Kenii! – przywitał nas policjant na posterunku tuż za Isiolo. Ot tak! – pomyśleliśmy –W końcu! Proszę abyście w Archers Post zgłosili się na tamtejszy posterunek, dobrze? Dlaczego, czy jest jakiś problem? Ależ skąd, hakuna matata. To tylko ostrożność, dla Waszego dobra. Wiedzieliśmy, że północna Kenia to nie jest najbezpieczniejsze miejsce w Afryce. Zdarzały się porwania turystów przez al – Shahab – fundamentalistycznych islamistów z Somalii, ale między innymi z tego powodu Kenia wypowiedziała Somalii wojnę i od tego czasu sytuacja znacząco się poprawiła. Pozostawała jeszcze kwestia zamieszek plemiennych pomiędzy pasterzami Turkana i Samburu. W trudnym, półpustynnym klimacie trudno o wodę i pastwiska, więc co najmniej kilka razy do roku dochodzi tu do walk o terytorium i zorganizowanych kradzieży bydła. Za sprawą nielegalnej broni trafiającej do Kenii z ogarniętych wojną krajów ościennych konflikty te są niestety bardzo krwawe. Kiedy pasterze nie walczą ze sobą nawzajem to korzystają z broni żeby „wyciągnąć” od przejeżdżających przez ich tereny samochodów jedzenie, pieniądze i cokolwiek jeszcze się da. No dobra, nie brzmi to dobrze, przyznaję, ale poświęciliśmy już centralną Afrykę, stąd się tak łatwo nie wycofamy.

Zameldowaliśmy się w Archers Post, policjanci powiedzieli, że w okolicy od dłuższego czasu jest spokojnie, więc pojechaliśmy dalej. Chwilę później jechaliśmy najpiękniejszą drogą na świecie, a przynajmniej w Afryce, a już na pewno w Kenii ;) Nowiusieńki asfalt, żadnych samochodów, krajobraz zapierający dech w piersiach i zwierzęta przecinające drogę.

 

Mimo licznych ostrzeżeń na słonia nie wjechaliśmy, ale za to drogę nam przecięły liczne pawiany, niektóre wielkie jak owczarki niemieckie, różne antylopy i gazele, strusie i wielgachne żyrafy. Niedługo potem zaczęliśmy rozumieć, że mimo urokliwych krajobrazów życie tutaj to prawdziwa walka o przetrwanie. Wyschnięte rzeki, ziemia spalona słońcem, kamole i kolce. Nic co da się zjeść tu nie urośnie, ani tak popularna w Kenii kukurydza na ugali, ani fasola, ani nawet ziemniak. A nawet jak wyrośnie to uschnie, bo pomimo pory deszczowej wody po prostu nie ma. Nie tak jak w Gwinei, że trzeba jej nanosić z wioski obok, tu w wiosce obok też jej nie ma. Raz na kilkadziesiąt kilometrów jest pompa, ale nikt tu nie ma samochodu, czy choćby roweru żeby ją przywieźć. Co szczęśliwsi mają osła i prowizoryczny wóz i raz na jakiś czas przywiozą trochę do gotowania. Bydło musi sobie poradzić z kałużami w wyschniętych korytach rzeki, podobnie radzą sobie pasące je dzieci. Słabsze sztuki trzody padają z głodu i pragnienia, jak bydło pada to ludzie nie mają mleka, jak nie ma mleka to nie ma co jeść i tak właśnie zaczyna się walka, ta o przetrwanie i ta o wodę i bydło sąsiada.

 

Trudne warunki życia uczyniły z Samburu, przez których tereny właśnie przejeżdżaliśmy, dumnymi i raczej mało przyjaznymi dla obcych. Nie zagadywali do nas jak niemal każdy w południowej Kenii, nie interesowało ich jak się mamy, skąd jesteśmy, czy gdzie jedziemy. Generalnie mało ich interesowaliśmy. Obwieszone biżuterią kobiety, dziewczyny z piersiami przykrytymi jedynie koralikami, mężczyźni z sztyletami przy pasie i włosami wymazanymi błotem, wszyscy patrzyli na nas spod byka i mijali w milczeniu. Trudno się dziwić. Na tych kolorowych rowerach jechaliśmy do miasteczka na coca-colę i obiad z mięsem. Oni i my pochodzimy z innych światów i żadna ilość uśmiechów i życzliwych gestów z naszej strony tego nie zmieni. Tylko dzieciaki krzyczały za nami: Wazungu, maji!, czyli wody. Tym co mogliśmy to się podzieliliśmy, ale te które nic od nas nie dostały swoją frustrację wyrażały wygrażając nam tradycyjnymi sztyletami i kamieniami.

 

W końcu dojechaliśmy do miasteczka, gdzieś w połowie drogi nad jezioro. Uzupełniliśmy zapasy wody i zebraliśmy się do dalszej jazdy. Zanim jeszcze wyszliśmy na drogę zatrzymało nas dwóch policjantów. Powiedzieli, że dalej nie możemy jechać na rowerach, chyba, że będzie nam towarzyszyła uzbrojona eskorta. Pomysł nie przypadł nam do gustu i jak zwykle próbowaliśmy ich przegadać opowiadając o podróży i marzeniach, i że generalnie musimy jechać, a żadnej eskorty nie chcemy, chyba że też będą jechać na rowerach. Słuchajcie, nie możemy was zatrzymać, ale zrozumcie dalej nie ma już policji, wy jesteście kompletnie bezbronni, a oni mają karabiny maszynowe. Jak wjedziecie w busz to zatrzymają was i wszystko zabiorą, wszystko.

 

No trudno było z tym dyskutować. Poszliśmy do szkoły poprosić o możliwość rozbicia namiotu na noc. Musieliśmy się zastanowić co dalej. Dyrektor lokalnej podstawówki przyjął nas bardzo gościnnie, ale z dystansem. Przydzielił nam jedną ze starych klas i pozwolił zostać ile chcemy. Rano postanowiliśmy nie jechać dalej, ale za to zostać kilka dni w miasteczku. Skolegowaliśmy się z młodą kadrą nauczycielską, która była dla nas nieocenionym źródłem wiedzy o historii i zwyczajach Samburu, a my rewanżowaliśmy się opowiadaniami o Polsce i Europie. W miasteczku też zaczęli na nas patrzeć troszkę przyjaźniej. Kobieta u której kilka razy kupiliśmy banany, orzeszki ziemne i pudrowe miętówki chyba nas nawet polubiła, a dziewczyna u której się stołowaliśmy na koniec dała nam darmową dolewkę herbaty z mlekiem, więc to też chyba oznaka sympatii. Nieprzejednani jednak byli młodzi wojownicy. Gdy chłopiec Samburu osiąga odpowiedni zdaniem starszyzny wiek przychodzi czas na jego inicjację. Zostaje obrzezany i wyskaryfikowany a podczas zabiegu nie wolno mu nawet mrugnąć okiem by nie okazać słabości.  Po inicjacji z chłopca staje się wojownikiem. Dziś oznacza to głównie, że zawieszą mu na ramieniu kałasznikowa i zaczną szukać żony. Ten krótki czas kawalerski daje młodym mężczyznom sposobność pokazania się z jak najlepszej strony, a raczej jak najpiękniejszej strony. Na straży ubłoconych włosów, piórek, guziczków, kolczyków, łańcuszków i bransolet stoi małe lustereczko często przymocowane do nadgarstka jak wielki zegarek. Trudno się oprzeć wrażeniu, że te dekoracje to tylko tak od święta, albo na pokaz dla turystów. Tylko tu nie ma turystów, a święto też się żadne nie szykuje. Pościągają te plastyczki jak się ożenią, najlepiej z dziewczynką poniżej 10 roku życia. Potem już wystarczą tylko skromne kolczyki w uszach i sztylet przy pasie. Wielu z nich kręci się na targu lub koło szkoły i z oddali nam się przyglądają, ale nigdy sami nie podeszli. Dumni i wyniośli stoją oparci o swoje pasterskie kije. Za to my nie potrafimy ukryć naszej fascynacji, więc jak nas kiedyś jeden z nich zawołał to podbiegliśmy w podskokach. Pogadaliśmy chwilkę na migi i domysły, a potem nasz rozmówca pokazał, że możemy już się oddalić. No cóż, antropologiczny policzek. Ale za to następnego dnia ci sami wojowniczy Samburu podeszli do nas jak piliśmy naszą codzienną porcję chaju z mlekiem i bez najmniejszej krępacji zrobili nam zdjęcie telefonem komórkowym. Od słowa do słowa, czy raczej od gestu do gestu my też wyciągnęliśmy nasz sprzęt. Szczęśliwi nie byli, ale Adam im wytłumaczył, że tak będzie sprawiedliwie.

 

Czas było wracać. Nie dojechaliśmy do Jeziora Turkana. Moglibyśmy powiedzieć, że misja zakończona niepowodzeniem. Ale nie martwcie się, ciąg dalszy nastąpi :)