Mleczna droga

Mleczna droga

komentarze 4

Wyobraźcie sobie, że przez wiele miesięcy jecie głównie ryż, rybę, orzeszki i banany w różnej postaci. Na śniadanie, obiad i kolację. I co? Fajnie? No raczej nie bardzo. Aż tu nagle na waszym talerzu ląduje zsiadłe mleko, ziemniaczki i jajko sadzone. I od razu lepiej, nie? Maziwa mala, lala, mursik. Zsiadłe mleko w Kenii nie jedno ma imię, ale zwał jak zwał, ważne, że smakuje cudownie, jest tanie i dostępne niemal w każdej wiosce. Kiedy chleb z masłem orzechowym po prawie roku mogliśmy zastąpić ciapati lub ugali z mlekiem, uznaliśmy, że kenijskie krowy zasługują na uznanie i tym samym dedykujemy im ten post ;)

 

Centralna Kenia kojarzy nam się z wieloma miejscami – Bieszczadami, Alpami, Irlandią, Nowa Zelandią, ale Afryką? Nie bardzo. No zobaczcie sami.

 

Nie żeby nam się nie podobało, wręcz przeciwnie, bardzo miła odmiana. Jednak o tym, że jesteśmy w Afryce przekonały nas kilkumetrowe kaktusy, żółwie,  no i może jeszcze hipcie pławiące się w niewielkim jeziorze na wysokości około 2500 metrów n.p.m .

 

Czyli ustalone,  jednak Afryka, a dokładniej Wielki Rów Afrykański. Naprawdę wieeelki! Miejscami ma szerokość prawie 100 kilometrów! Niewiele brakowało a ta geologiczna batalia zakończyłaby się nie tylko odłączeniem Afryki od Azji, ale także powstaniem kolejnego kontynentu albo archipelagu na Oceanie Indyjskim.

 

Życie w tej mlekiem i miodem płynącej dolinie toczy się własnym tempem,  jak mówią miejscowi: pole pole, czyli powoli. Rano trzeba wydoić krowy, zawieźć mleko do skupu, zgarnąć swoje niecałe 6 złotych i potem już można wypoczywać. Aż do wieczora, wtedy co lepsze krowy naprodukują jeszcze kilka litrów i znowu wpadnie parę groszy.

 

Wypoczywać można także w towarzystwie ziemniaków lub cebuli. A nuż trafi się klient…

 

Łagodny klimat tej części kraju stwarza idealne warunki dla upraw herbaty. Potężne plantacje ciągną się kilometrami, czyniąc z Kenii trzeciego na świecie jej eksportera. Niestety trudno tu napić się naprawdę dobrego naparu. W licznych herbaciarniach serwuje się tę najtańszą w torebkach, najczęściej z mlekiem. Najlepsze listki w ilości setek tysięcy ton rocznie płyną do zamożniejszego klienta za oceanem. Podobnie było ze słynnymi ananasami z Wybrzeża Kości Słoniowej. Można je kupić niemal wszędzie na świecie, ale Wybrzeżanie muszą się zadowolić niedojrzałymi ogryzkami.

 

Na szczęście poza mlekiem i herbatą są tu też chipsy octowe. Ostatnią taką ucztę Adaś zafundował mi w Wagadugu z okazji urodzin, więc moja prywatna chwila szczęścia warta była utrwalenia ;)

 

Nagła zmiana klimatu zaowocowała jednak nie tylko urozmaiceniem naszej diety. Ta wiecznie zielona kraina jest jednym z najbardziej zaludnionych miejsc na kontynencie przez co dziki kemping jest niemal niemożliwy. Ludzie są dosłownie wszędzie, każdy skrawek ziemi ma swojego właściciela, płot lub kolczaste ogrodzenie. Musieliśmy się zatem nauczyć radzić sobie inaczej.

 

Z pomocą przybyli Nomadzi Miłości i dziesiątki innych lokalnych kościołów dość luźno nawiązujących do chrześcijaństwa. Wyznawcy Uzdrawiającej Mocy Jego Wysokości, Uzdrawiającego Serca Jezusowego, Zjednoczonego Kościoła Braci Afrykanów i wielu innych nigdy nie odmówili nam możliwości rozbicia namiotu w pobliżu ich świątyń. Dużo ciekawsze były jednak te noclegi gdy gościnni Afrykanie zapraszali nas do swoich domów. Przy wspólnej kolacji opowiadaliśmy sobie o swoich krajach i tłumaczyliśmy się z odwiecznego pytania o dzieci. Nie tylko za nas, ale za całą Europę. W Kenii każda kobieta ma średnio 7 – 8 dzieci, a 10 to wcale nie wyczyn. A u nas? Jedno, dwoje, czasem troje. Czemu? No czemu? Nie lubicie dzieci? Wolicie mieć koty i psy? – pytali nas nasi gospodarze.