Misja Turkana – podejście 2

Misja Turkana – podejście 2

komentarzy 8

Z misją to tak już jest, że dopóki się jej nie zrealizuje to będzie człowieka ścigać, prześladować i spać spokojnie nie da. A zatem w trosce o nasz dobry sen – Misja Turkana podejście drugie. Tym razem z zachodniej strony jeziora, tej co asfalt ostatni raz widziała w latach 70-tych, ale za to jest nieco spokojniejsza.

 

Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów rzeczywiście wydawało się dość sielankowe. Zielone wzgórza, na nich senne wioseczki i rwące rzeki w dolinach. Wydawać by się mogło, że pasterze Pokot nie mają na co narzekać.

 

Ta idylla skończyła się z chwilą przekroczenia przełęczy w Marich. Jakby ręką odjął.  Bujną zieleń zastąpił karłowaty, wątły busz, górskie potoki wyschły, zamiast pastwisk wszędzie piach i kamienie. Wjechaliśmy na tereny Turkana. Kurcze! Los nie jest sprawiedliwy!

 

Chwilę potem na posterunku drogowym policjant machnął na nas ręką pokazując, że mamy się zatrzymać. O nie! Już ustaliliśmy, chodzi o sen, rzecz niezwykłe ważną w życiu rowerzysty. Żadne zatrzymać, już my wiemy co to znaczy. Musimy dotrzeć nad jezioro! Gdzie jedziecie? Do Lodwar. Jak wygląda bezpieczeństwo na drodze? Cholerny rozsądek! Przecież znamy odpowiedź. Pożałowaliśmy tego pytania zanim jeszcze je dobrze wypowiedzieliśmy. Najbliższe 10 km jest spokój, potem … Potem zapytajcie na następnym posterunku, nic nie możemy wam zagwarantować. Ok., to nie najgorsza odpowiedź, nie? Jedziemy dalej.

Trudno opisać jakie to uczucie gdy na drodze o której słyszało się same okropności nagle staje przed tobą trójka chłopaków z karabinami maszynowymi. Na prawo busz, na lewo busz, po horyzont nie widać innego samochodu, wioski czy choćby innej żywej duszy. Trochę się robi zimno, nogi robią się jak z waty, krew jakby cała spływa do stóp. Człowiek myśli, że to co czuje przed maturą albo egzaminem na prawo jazdy to jest strach, nie, nie, nie, nie da się tego porównać. Ale chłopaki bąknęli jakieś przywitanie i poszli dalej. O rany… Z duszą na ramieniu dojechaliśmy do Lokichar. Zostało nam jakieś 70 kilometrów do Lodwar, dalej podobno spokój. Już naprawdę niewiele. Na noc zatrzymaliśmy się w misji w miasteczku. Przyjaźni księża poczęstowali nas kolacją i garścią świeżych wiadomości na temat sytuacji w regionie. Nie wyglądało to optymistycznie, przed nami podobno najgorszy odcinek. Rano poszliśmy na policje, tu znowu same groźby i opowieść o rabunku sprzed niespełna tygodnia. Cholera! Przyszedł czas na plan B. Jedyna rzecz, której naprawdę nie możemy stracić to nasze rowery, reszta to tylko gadżety, które łatwo da się zastąpić. Zatem zostawiamy rowery u księży, pakujemy najpotrzebniejsze rzeczy do podręcznego plecaczka i stajemy na drodze z kciukiem na baczność. Na rowerach się nie da to stopem spróbujemy, przecież o sen chodzi ;)  Zabrał nas kierowca ciężarówki wiozącej z Mombasy piwo do Lodwar. Po tragicznych wertepach toczyliśmy się 6 godzin! Przy każdym podskoku zastanawialiśmy się kiedy eskortującym nas policjantom wypali broń. Wyglądali jakby nie bardzo wiedzieli jak się ją obsługuje, a w dodatku przez całą drogę mieli ją odbezpieczoną! Just in case, my friend, just in case – pocieszali nas. Z Lodwar jeszcze tylko krótka podróż ciężarówką do transportu bydła i ….

 

Samo jezioro nie zrobiło na nas wielkiego wrażenia, ale ludzie zamieszkujący jego okolice byli warci wysiłku, który włożyliśmy aby tu dotrzeć.

 

Turkana nie mają łatwego życia. Podobnie jak Samburu są pasterzami. W tej suchej jak pieprz krainie tylko przekazywana z pokolenia na pokolenie wiedza pozwala im przetrwać. Podążając za cyklem natury wędrują w poszukiwaniu pastwisk i wody, za każdym razem stawiając swoje osady od początku.

 

Drogę powrotną do misji gdzie zostawiliśmy rowery przejechaliśmy w miarę gładko, trochę ciężarówką, jak się zepsuła to przerzuciliśmy się na samochód ONZ, a potem zabrała nas firma wydobywającą ropę w jeziorze Turkana. Dalej chcieliśmy kontynuować na rowerach bo najniebezpieczniejszy odcinek mieliśmy za sobą. Niestety policja nas nie pościła. Tego dnia rano Pokoci zabili młodego pasterza Turkana podczas rabunku bydła. Policjanci wiedzieli, że będzie odwet i znowu poleje się krew. Musieliśmy znowu złapać auto z eskortą. Zabrała nas ciężarówka (tu prawie nie ma prywatnych samochodów). Na drodze widzieliśmy jak młodzi mężczyźni z kałasznikowami na ramionach zbierali się nad rzeką – granicą pomiędzy plemionami. Niesamowite, że policja wie co się gotuje ale się nie wtrąca, bo sami się boją. Po 8 godzinach jazdy na pace po drodze tak fatalnej, że nawet nie powinno się jej nazywać drogą, nasze tyłki mają takie rany, że od trzech dni się kurujemy bo nie możemy usiąść na siodełko. Jednak nie to jest najgorsze. W czasie podróży mój rower został poważnie uszkodzony i w zasadzie nie ma przerzutek. Adaś coś pokombinował z chińskim badziewiem, żeby dało się jechać, ale potrzebne nam będą części z Polski. Mamy nadzieję, że i ten problem jakoś rozwiążemy. Tymczasem: Misja zakończona powodzeniem, zatem DOBRANOC ;)