Słonie i pierogi

Słonie i pierogi

komentarze 3

Przy pomocy przyjaciół, rodziny i Internetu nie jest trudno zorganizować wysyłkę części zamiennych z Polski do Afryki. Trudność pojawia się w momencie wskazania adresu, na który rzekoma przesyłka ma zostać dostarczona. Ambasada? Kręcą nosem. Hotel? Ale gdzie? Gdzie powinniśmy być za kilka tygodni? No właśnie, ale ile tych tygodni? To może polscy Franciszkanie? Raczej nie odmówią pomocy. Nie odmówili, a nawet lepiej. Kiedy przekroczyliśmy bramę zakonu pod Kampalą od razu wiedzieliśmy, że jest to miejsce w którym uda nam się w końcu trochę odpocząć, nie tylko od trudów podróży, ale także od samej Afryki.

Bracia ulokowali nas w wygodnym pokoju, gdzie mieliśmy zaczekać aż do czasu gdy przyjdą części zamienne do roweru i uszkodzonej od czasu Burkiny kuchenki. Już przy kolacji zorientowaliśmy się, że nie brakuje nam tematów do rozmowy i kolejne dni mijały nam na dyskusjach na tematy ważne, ważniejsze i oczywiście te trochę mniej ważne, jak motory, rowery i afrykańskie przygody. Aby ukoić naszą narastającą tęsknotę za domem bracia poprosili gosposię, żeby przygotowała dla nas pierogi! Cóż to była za uczta! Nie mogliśmy się nachwalić. Mniaaaaammmm! Po pierogach przyszła jeszcze kolej na kopytka i schabowego, oj byliśmy w raju! Jednak to nie koniec niespodzianek. Podczas jednej z wieczornych pogaduch wyszło na jaw, że odkąd jesteśmy w Afryce nie widzieliśmy jeszcze słonia.  Może da się coś załatwić – usłyszeliśmy. I dało się J Dwa dni później z kanapkami w bagażniku i aparatem w pogotowiu jechaliśmy do jednego z ugandyjskich parków narodowych na safari. Znalazły się słonie, żyrafy, bawoły, antylopy, małpy a nawet hipcie i krokodyle na Nilu. Podobno widzieliśmy także lwa. Podobno … bo był tak daleko, że równie dobrze mogła to być kupa siana ;)

 

Naszą dwudniową wycieczkę zakończyliśmy bardzo wyjątkowym akcentem. W czasie II wojny światowej na terenie Afryki Wschodniej powstało wiele obozów dla polskich uchodźców, głównie Sybiraków i rodzin żołnierzy walczących w Armii Andersa. Jednym z nich był obóz w Masindi. Pośrodku dżungli, do której dziś turyści zjeżdżają z całego świata by oglądać szympansy, niegdyś mieszkało 5 000 Polaków. Była tu szkoła, przychodnia, poczta, sklepy, wszystko co potrzebne do normalnego życia. Do dziś przetrwał tylko kościółek i cmentarz, ale jak zamknąć na chwilę oczy i zapomnieć o otaczającej człowieka dżungli można było niemal poczuć zapach Polski …

 

Tymczasem nasze rowery stały porozkręcane w garażu, a paczka wciąż nie przychodziła. Robiliśmy się coraz bardziej nerwowi, bo nie chcieliśmy nadużywać gościnności. Pomimo zapewnień braci, że cieszą się z naszej obecności, czuliśmy, że chcielibyśmy się jakoś zrewanżować za ciepło i serdeczność z jaką nas przyjęli. Wpadliśmy na pomysł aby artystyczne zdolności Adama wykorzystać w klasztornej kaplicy. Projekt namalowania dwóch fresków bardzo się spodobał i po wcale nie łatwym zdobyciu farb i pędzli rozpoczęliśmy pracę. No, Adam rozpoczął, ja starałam się pomagać, czyli nie komentować ;) Kilka dni później kaplica nabrała nowych barw, części dotarły, rowery zostały naprawione i po prawie dwóch tygodniach wypoczynku byliśmy gotowi znowu zmierzyć się z Afryką.