W rytmie Zanzibaru

W rytmie Zanzibaru

komentarzy 5

Czasem jest tak, że człowiek po prostu nie chce jechać tam gdzie chcą jechać wszyscy inni, na przykład na Zanzibar. Podczas gdy większość kuszą piaszczyste plaże, kokosowe palmy i drinki popijane przy gorących rytmach, nas odrzucała masowa turystyka, wygórowane ceny, nachalni sprzedawcy badziewnych pamiątek i oszuści wszelkiej maści.  Nie było nam spieszno do tej turystycznej mekki Afryki , ale z drugiej strony…  to także kolebka kultury suahili. To tu, setki lat temu, spotkała się Azja z Afryką  dając początek jednej z najbardziej barwnych, egzotycznych i  fascynujących tradycji na świecie. To tu osiedlali się pchani marzeniami o bogactwie kupcy z odległych Indii i Persji, to tu zjeżdżali się handlarze niewolników z całego świata, to tu szukali przystani strudzeni podróżnicy, to tu lały się pot i łzy milionów pojmanych w głębi kontynentu Afrykanów. Nasza podróż w głąb Afryki nie była by „kompletna” bez Zanzibaru. Decyzja zapadła. Wsiedliśmy na pokład promu, który niczym wehikuł czasu przeniósł nas do świata baśni z 1001 nocy.

Nie spodziewajcie się jednak, że Stone Town, główne miasto i jednocześnie atrakcja archipelagu, od razu Was zauroczy. Nie, nie, nie. Najpierw trzeba uciec pijanym Papasi , którzy będą chcieli zaprowadzić Was do najtańszej taksówki, najładniejszego hotelu, najlepszej restauracji, najbliższego sklepu z pamiątkami, no i popatrz przyjacielu na moją sztukę, to nic nie kosztuje, tylko chwilkę, a może potrzebujesz mapę wyspy, albo baterię do telefonu, okulary? Dam Ci świetną cenę!  No i czemu się denerwujesz, my friend, przecież jesteśmy przyjaciółmi! Jak już pozbędziecie się natręta, to pozostaje jeszcze jakoś przełknąć cenę hotelu, a jak już znajdą dla Was prosty pokój za symboliczne 20$ od osoby, to jeszcze trzeba wymyślić jak poradzić sobie z chmarami malarycznych komarów, ale jak i to już załatwicie to wtedy zaczyna się prawdziwa podróż zmysłów. Odchodzi człowiek 100 metrów od hotelowej werandy i już jest zgubiony. W labiryncie wąskich uliczek zabudowanych kamiennymi domami , meczetami, hinduskimi świątyniami, chrześcijańskimi katedrami i kolonialnymi willami wszystko fascynuje. Drażnią nos zapachy kadzideł i kuchni węglowych, pobudzają podniebienie placki kokosowe i jajka w zalewie z chili, oczy biegają od jednego kramiku z tradycyjnymi tkaninami do drugiego, a głowa pęka od rozgryzania historii zaklętej w rzeźbieniach drzwi, które opowiadają o pierwszych możnych tego miasta.

 

Ale to dopiero początek! Prawdziwa magia zaczyna się dopiero jak zmęczeni błądzeniem w plątaninie uliczek przysiądziecie na chwilę na kamiennej ławie gdzieś z dala od atrakcji turystycznych, a bliżej codziennego życia. Popijając zimny sok z trzciny cukrowej wsłuchajcie się w rytm Zanzibaru. W wesołe wrzaski przekupek, ściszone rozmowy staruszków, dzwonki rowerów, nawoływania imamów, zajrzyjcie w twarz roześmianych dzieciaków i dajcie się ponieść tam, gdzie nie zaprowadziłby Was przewodnik.

 

Jak już jakiś łaskawy mieszkaniec miasteczka pomoże Wam wrócić skąd przyszliście (nie łudźcie się, że sami sobie dacie radę!) to jest jeszcze jedno miejsce, którego opuścić nie możecie.  Port. Harmider, smród i błoto po kostki zniechęca bardziej wrażliwych, ale nie poddawajcie się. Nie codziennie można zobaczyć barakudę, tuńczyka czy rekina. A już na pewno nie codziennie można ich spróbować. Nie dajcie się jednak namówić na wykwintne kolacje w drogich restauracjach. Idźcie tam gdzie idą ludzie, czyli na wieczorny, oświetlony lampą naftową stragan. Gwarantujemy Wam, że kalmary i ośmiornice podane na gazecie może ładnie nie wyglądają, ale są przepyszne. A barakuda w zalewie z chili i mango przegryzana z plackiem ryżowym będzie się Wam śnić przez kolejnych 1001 nocy!

 

Czasem jest tak, że człowiek po prostu nie chce jechać tam gdzie chcą jechać wszyscy inni, ale jak już pojedzie to nie chce stamtąd wyjechać! Chce się więcej, głębiej, dłużej. A zatem w jakim rytmie zagrasz nam jeszcze Zanzibarze..?