Buszmeni

Buszmeni

komentarzy 6

Od czego by tu zacząć opowieść o Zambii??? Od buszu! Busz, żadna to nowość w Afryce, ale w Zambii jest go jakby dużo, bardzo dużo, no właściwie jest wszędzie. Zambia to taki kraj – krzak. Patrzysz na prawo – busz, patrzysz na lewo – busz, patrzysz za siebie lub przed siebie, patrzysz gdziekolwiek a tam busz po horyzont. I rodzi Ci się w głowie pytanie: czy tam, w głąb tych krzaków mieszkają ludzie? Sprawdźmy :)

Drogi w kraju są dwie, jedna na prawo od buszu a druga na lewo od buszu, jak by się tu dostać w głąąąb buszu? Z pomocą, jak to często bywa w Afryce, przyszli Chińczycy.

 

Podobno tej buszmeńskiej autostrady miało być kilkadziesiąt kilometrów, a potem jakiś leśny dukt, co to podobno jest „very good for bicycle”. No więc, jak się już pewnie domyślacie, nowa chińska droga skończyła się po niecałych 15 kilometrach.

 

Potem zaczęły się kamyczki …

 

Potem piaseczek…

 

A potem wszystko diabli wzięli i droga całkiem się skończyła.

 

I tak przez następnych blisko 100 kilometrów. Jak to się stało, że znowu daliśmy się nabrać? Nie wiemy, nie pytajcie. Grunt, że było  suuuper! ;)

Krajobraz właśnie rodził się do życia po długiej suszy i martwy, wypalony słońcem i ogniem busz zaczynał wyglądać bajecznie.

 

Szybko przekonaliśmy się także, że  owszem, w tym przepastnym morzu krzaków żyją ludzie. Nie mają prądu, wodę biorą z rzeki i jedzą to, co im da hojna Matka Natura plus ryż.

 

Przetrwania w buszu musieliśmy uczyć się i my. Woda z rzeki Luangwa przefiltrowana smakuje lepiej niż nasz Żywiec ;) owoce masuku zastępują słodycze, te wielkie, żółte „skorupiaki” gaszą pragnienie jak słodka herbata z dużą ilością cytryny, a ryż z rachitycznym pomidorkiem i pokurczną cebulą da się nawet polubić.

 

I choć wybór pomiędzy wykorzystaniem wody na mycie a gaszeniem pragnienia stał się dość łatwy…

 

… to „być kobietą, być kobietą” ważna rzecz, a „Salonik pod suchym liściem” jest zawsze otwarty ;)

 

Jednak natury nie oszukasz, Biały do buszu nie należy. Prędzej czy później coś Cię stąd wygoni. W naszym wypadku nie był to brak wody, żar lejący się z nieba, powiew piekła w południe czy agresywne pawiany. W naszym wypadku były to muchy Tse Tse…

Pojawiły się nagle. Ni stąd ni z owąd otoczył nas rój setek boleśnie kąsających much. Ugryzienia szybko rosły i puchły jak potłuczenia. Deet, co to niby miał wszystko co lata i pełza trzymać od nas z daleka, okazał się w tym wypadku absolutnie nieskuteczny. Zostało nam tylko uciekać. Jednak im bardziej przed nimi uciekaliśmy tym bardziej kąsały, bo przyciągał je pot i ciepło naszych ciał. Poza tym nie bardzo mieliśmy jak przed nimi uciekać. Droga była fatalna, rowery grzęzły w piachu a strome pagórki niczego nie ułatwiały. Nie bardzo wiedząc co zrobić rozbiliśmy moskitierę i liczyliśmy na to, że sobie odlecą. Niestety, bzykały dookoła nas nawet po zachodzie słońca. Padnięci od wysiłku w końcu zasnęliśmy, niestety bez kolacji. Rano obudził nas głód i znajome bzykanie. Do tego Adam wyglądał jak by go kibice na stadionie spałowali. Naliczyliśmy u niego ponad 70 ukąszeń! U mnie niewiele mniej. Nie było dobrze… Niewiele wiedzieliśmy o tych cholernych Tse Tse. Jedynie tyle, że roznoszą groźną chorobę, która nieleczona może spowodować zapadnięcie w śpiączkę. Ile mieliśmy czasu na przyjęcie leków? Czy każda mucha zaraża? No i gdzie jest najbliższy szpital? Jedno wiedzieliśmy na pewno. Musimy się stąd wydostać! I to szybko! Tyle tylko, że szybko nie wchodziło w grę. Droga fatalna, samochody tędy nie jeżdżą, nic poza pchaniem/ciągnięciem rowerów do najbliższej mieściny nam nie pozostało. Tak upłynęły nam kolejne 24 godziny niepewności…

Gdy dotarliśmy do miasteczka Chama była niedziela. W szpitalu lekarza nie było i dwoje pielęgniarzy przyjmowało tylko kobiety w połogu. Próbowaliśmy od nich wyciągnąć jakąś informacje, ale chłopaki ewidentnie nie mieli żadnej wiedzy w temacie i stremowani zaczęli wertować jakiś tomiasty podręcznik! Jeszcze godzinę czekaliśmy aż spróbują skontaktować się z lekarzem, niestety bez skutku. Podpowiedzieli nam, żeby skontaktować się z weterynarzem. Tak też zrobiliśmy. Ten nas nieco uspokoił informacją, że nie wszystkie muchy są zarażone, ale koniecznie musimy zrobić test, żeby się przekonać, czy te też nie. Najbliższe laboratorium było w większym mieście 130 kilometrów dalej. Droga oczywiście w budowie, ruch samochodowy żaden. Na szczęście znalazł się jakiś transport, ale … z pijanym kierowcą, który, trzymając saszetkę ginu w ręce, zapewniał, że nie ma się co bać bo prowadzić będzie jego pomocnik, on tylko przejmie kierownicę na trudniejszych odcinkach!!! CHOLERA! Co robić??? Szukaliśmy dalej, ale niestety. Albo pijany kierowca i jego pomocnik albo nikt. Dobra, ładujemy się na pakę i jedziemy.

 

Jedyne 17 godzin później dojechaliśmy do Lundazi. Rano zrobiliśmy test. Nasze muszki Tse Tse okazały się być zdrowe, podobnie jak my :) Jednak Buszmeni z nas żadni ;) Trudno, uderzamy zatem do Lusaki ;)