Wyspa rowerzystów

Wyspa rowerzystów

komentarzy 10

Matthew poznaliśmy jeszcze na promie. Zanim przesiadł się na motor przez chwilę podróżował po Afryce Południowej na rowerze, i trochę z sentymentu a trochę z ciekawości zagadał do nas skąd i dokąd pedałujemy. Kilka dni i kilka piw później okazało się, że i jemu i nam brakuje towarzystwa i chętnie poszwendalibyśmy się po wyspie razem. Tylko my szwędamy się na rowerach, a Matthew nie tylko nie miał roweru, ale nawet jego motor został w warsztacie w Dar, więc do szwendania miał tylko nogi.  Za wolno, nawet jak na nas! Pozaglądaliśmy zatem do różnych warsztatów i udało się znaleźć idealny rower. Za jedyne 20$ Matthew nabył super brykę: kilkunastoletnią damkę a la holender z uroczym koszyczkiem na kierownicy, tylko bukietu tulipanów brakowało (i tu sobie poradziliśmy zapełniając go bananami ;). Plecak wrzuciliśmy na bagażnik, pospinaliśmy gumą, trokami i starą sznurówką i byliśmy gotowi do drogi.

 

Plan był taki: jedziemy na wschodnie wybrzeże i próbujemy okrążyć wyspę po plaży. Przynajmniej mój plan był taki, bo chłopaki zgodnie orzekli, że oszalałam i że nie ma mowy. Jednak upierałam się, że piasek dzięki regularnym odpływom jest wystarczająco twardy, żeby jeździć po nim na rowerze. Udało mi się ich namówić, żebyśmy przynajmniej spróbowali . Jupi!

Przez kilka godzin przedzieraliśmy się przez naprawdę nudny i raczej brzydki interior wyspy. Jedyną atrakcją były miliony wielgachnych kokosów, które w przeciwieństwie do tych z Afryki Zachodniej miały smaczne mleko, ale za to nie najlepszy miąższ.

 

W końcu dotarliśmy do …hmmm … raju, no po prostu. Nie da się inaczej określić tego co zobaczyliśmy.

 

Niemal jednocześnie każdy z nas zeskoczył z roweru i zrzucając ciuchy w biegu wskoczyliśmy do wody.

 

Kiedy my beztrosko moczyliśmy dupy w oceanie tuż przed naszym nosem przejechał mężczyzna na rowerze. Mimo potężnego ładunku jaki miał na bagażniku wydawał się jechać lekko jak po asfalcie. Aha, nie mówiłam! Wyłazić z wody, spuszczać powietrze z opon! Będziemy tera uprawiać beach cycling :)

 

Nie ma co gadać, było po prostu SUPER! Nawet Matthew na swoich cieniutkich oponach jechał bez większego problemu.

 

Po jakichś kilku godzinach dojechaliśmy do malutkiej wioski Jambiani. Nie mieliśmy planu się tam zatrzymywać, ale z jednej z lodży przy plaży dobiegło nas bardzo entuzjastyczne nawoływanie. Rowerzyści, rowerzyści, tutaj! Zaczekajcie! To był Sparks. Sparks z USA. Jechał na swoim przepięknym Surly z Arushy do Kapsztadu. Udało mu się nas namówić, żebyśmy zostali na noc. Obiecał nam załatwić zniżkę w swoim hotelu, gdzie moczyli się w basenie Tobi i Dio, rowerzyści z Niemiec i Szwajcarii. Jednak mimo 50% zniżki w hostelu dla backpackersów chcieli od nas po 20$ od osoby. Niestety. Nie tym razem Panowie. Wracając na plażę postanowiliśmy jednak jeszcze spróbować szczęścia. Zajrzeliśmy do lodży na plaży. Zagadaliśmy do właścicielki, czy nie pozwoliłaby nam rozbić namiotów gdzieś w ogródku. Po godzinie negocjacji rozpakowywaliśmy się w pokoju z widokiem na ocean, śniadaniem i Internetem za 7$ od osoby :) Wieczorem wpadł do nas Sparks. Podjechał ku naszemu zaskoczeniu… samochodem. Wpakował nas wszystkich na pakę i zabrał na piwo do  lokalnego klubu. Tego wieczoru nie było gorących rytmów, rumu i tańców do samego rana. Tego wieczoru były gorące dyskusje. Sześciu rowerzystów z różnych części świata. Różne doświadczenia, różne przygody, różne rowery, ale pasja ta sama. Nawet nie zauważyliśmy jak zaczęło świtać.

Rano Sparks z chłopakami zastukał do naszej gospodyni z prośbą o znalezienie dla nich pokoju takiego jak nasz. Gdy chwilę później na lekkim kacu wszyscy spotkaliśmy się na śniadaniu podanym na tarasie z widokiem na cudowną plażę,  Sparks oznajmił:  Kupiłem kilka dni temu od rybaka dłubankę. Zostaniecie popływać? Wymieniliśmy z Matthew porozumiewawcze spojrzenia. Zostajemy! Właściwie zostaliśmy prawie na dwa tygodnie :):):)

 

Niestety okazało się, że rowerzyści nie za wiele wiedzą o żeglarstwie i niezbędna będzie pomoc lokalnego kapitana. Na szczęście dla nas każdy mężczyzna w Jambiani spędza połowę swojego życia na tych dłubankach łowiąc ryby, kalmary i inne cuda oceanu. I chwała im za to, bo gdyby nie oni nie mielibyśmy tych fantastycznych ośmiornic w curry, kalmarów z grilla i ryb w mleku kokosowym ;)

 

Oczywiście w tym raju na ziemi nie obeszło się bez drinków z palemką albo drinków pod palemką, tańców na bosaka i bezwstydnych ekscesów na plaży ;) Ale nie myślcie sobie, każdemu z nas należało się trochę rozrywki ;) W dzień za to byliśmy bardzo grzeczni, szczególnie, że Adaś kazał nam dużo spacerować po plaży w poszukiwaniu muszelek do jego zanzibarskiego kolażu co to niby ma zawisnąć na naszej ścianie jak wrócimy do domu. Zobaczymy ile z nich dojedzie cało do Cape Town ;)

 

Nigdy nie okrążyliśmy wyspy, tak jak planowaliśmy. Zakotwiczyliśmy się w tym raju na ziemi i żadne plany nie były w stanie nas stąd wyciągnąć ;)