Braai i bez-wody-spady

Braai i bez-wody-spady

komentarzy 6

Nawet rowerowa podróż przez Afrykę może być czasem nudna. Na przykład w takiej Zambii. Każdy kolejny dzień zdaje się przypominać poprzedni… Busz już nie zachwyca, ryż staje w gardle, słońce drażni a podjazdy wydają się częstsze i trudniejsze niż są w rzeczywistości. No i co wtedy? Można przycisnąć i możliwie najszybciej przejechać do następnego kraju albo można pojechać na braai nad Zambezi!

– Cześć! Daleko jedziecie?

– Daleko.

– A macie czas na wodę z lodówki?

Tak poznaliśmy Philipa i Sigiego. Chłopaki, Afrykanerzy z Namibii, w Zambii budowali Inie elektryczne. Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat był weekend i w związku z tym w ich obozie nie było nikogo poza nimi i Eddiem Vedderem ryczącym z głośników. W tych sprzyjających okolicznościach przyrody wodę z lodówki szybko zastąpiło piwo z lodówki, chwilę później na stole wylądował gulasz wołowy, Eddie ustąpił miejsca Kazikowi, nasze graty rozpakowaliśmy do jednego z pustych namiotów i impreza rozkręciła się na dobre.

 

Rano, przy jajkach na bekonie i mocnej kawie chłopaki oznajmili, że dziś pokażą nam jak radzić sobie z nudą w Afryce. Zanim dojedliśmy nasze kacowe śniadanie, na podjeździe czekał samochód zapakowany przenośnymi lodówkami, składanymi krzesełkami i grillem. Jechaliśmy na naszego pierwszego, afrykanerskiego braai’a.

 

Pomysł był taki, żeby dojechać nad Zambezi. Według GPS’a Philipa powinniśmy tam dotrzeć w niespełna godzinę. Super! Jedziemy!

Po około 10 kilometrach skończył się asfalt, zaczął się piach, pagóry i gęsty, zarastający drogę busz, czyli normalnie, po afrykańsku. Gdybyśmy tam wylądowali na rowerach to pewnie byśmy przeklinali wszystko na czym świat stoi, ale chłopaki tylko wrzucili 4×4, podkręcili klimę i popijając zmrożoną wodę brnęliśmy dalej. No tak to można zwiedzać ten cholerny busz! Bez much TseTse, bez ciągnięcia rowerów po piachu, bez wody z rzeki i ryżu w sakwach ;)

Cztery godziny później (GPS najwyraźniej nie przewidział zwalonych drzew na drodze, przeprawy przez sezonową rzekę i boksowania kół w piachu) dotarliśmy nad potężną Zambezi.

 

Trudno się nie zachwycać tą imponującą rzeką, która zdaje się nic sobie nie robić z przeciągającej się pory suchej. Szybko też stało się jasnym gdzie się podziały wszystkie zwierzęta, których pomimo miesiąca spędzonego w zambijskim buszu nie mieliśmy jeszcze okazji zobaczyć. Ich wewnętrzny GPS od wieków nastawiony jest na poszukiwanie wody i w porze suchej stada słoni, antylop, ptaków i pawianów nigdy nie odchodzą za daleko od rzeki, jedynego źródła wody i jedzenia.

 

Jak na porządnych weekendowiczów przystało rozstawiliśmy nasz sprzęt i zabraliśmy się za braai’a. Braai dla Afrykanerów to nie tylko sposób przyrządzania mięsa, to także forma spędzania wolnego czasu, okazja do spotkania z rodziną i przyjaciółmi. Braajować można przed telebimem z meczem rugby, na farmie po polowaniu na kudu, albo nad rzeką pomiędzy słoniami ;)

 

Jak sami widzicie braai od naszego grilla się niczym specjalnym nie różni. No może poza tym, że wcinając stek z baraniny ma się widok na słonie i hipopotamy zamiast na sąsiada grillującego na sąsiednim balkonie ;)

 

Niestety każdy weekend kiedyś się kończy i w poniedziałek trzeba się zmierzyć z codziennymi obowiązkami. Siggy i Philip wrócili do pracy a my… do naszej pracy. Kilkanaście podjazdów, kilka misek ryżu z pomidorami i jedno poparzenie słoneczne później dotarliśmy do granicy Zambii i jednocześnie największej atrakcji kraju: Wodospadów Wiktorii. Chyba bardziej właściwa była by jednak nazwa Bez-wody-spadów Wiktorii.

 

Pora sucha w końcu dopadła nawet legendarną Zambezi i rzeka po prostu niemal wyschła. Na pewno kojarzycie słynne zdjęcia z folderów turystycznych gdy rwący strumień wody przykrywa cały kanion i z hukiem odbija się o skały. Tak, my też takie zdjęcia kojarzymy, ale niestety nie udało nam się tego zobaczyć „na żywo”. Gdzieś tam, kilkasetmetrów dalej, po stronie Zimbabwe trochę wody się ostało i Ci szczęśliwcy którzy byli po drugiej stronie granicy mieli szansę zobaczyć chociaż namiastkę tego czym są słynne Wodospady Wiktorii.

 

My tymczasem musieliśmy się zadowolić pawianami wykradającymi turystom słodycze z plecaków.

 

Lżejsi o herbatniki i 20$ postanowiliśmy się pożegnać z Zambią i przywitać nasz 11 kraj: Botswanę.