PrzeSŁONIENIE

PrzeSŁONIENIE

komentarzy 10

Jeżeli na danym terenie mieszka za dużo ludzi to mówimy o zjawisku przeludnienia. A jeżeli na danym terenie mieszka za dużo słoni??? Mówimy wtedy o zjawisku przesłonienia??? No więc jeżeli mówimy o zjawisku przesłonienia, to owo zjawisko występuje w Botswanie. Słonie są dosłownie wszędzie. Wchodzą do miasteczek, wiosek, łażą po drodze. Wszystko jest poogradzane wysokimi płotami, ale one nic sobie z tego nie robią, po prostu przechodzą po nich niszcząc je swoimi potężnymi cielskami.

Dla nas przygoda z przesłonieniem zaczęła się tuż po przekroczeniu granicy. Najpierw grzecznie, w Parku Narodowym Chobe. Słoń dla nas to już nie nowina, ale kilkanaście a nawet kilkadziesiąt słoni na raz to już robi wrażenie.

 

Oprócz słoni wpadliśmy oczywiście także na parę innych zwierzaków. Na przykład pierwszy raz udało nam się zobaczyć hipcie w pełnej okazałości pasące się jak krowy na pastwisku …

 

… przeprawiającego się przez rzekę bawoła …

 

… sępy w czasie wyżerki …

 

… i żuczki rozpracowujące słoniową kupę.

 

Nie da się jednak ukryć, że najfajniejsze były kiciusie. W końcu! Szkoda tylko, że w Parku, a nie „na dziko” – pomyśleliśmy. Mocno tej myśli mieliśmy później żałować.

 

Po naszym krótkim safari ruszyliśmy w drogę. Według mapy mieliśmy ponad 300 kilometrów do najbliższego miasteczka. Nie przejęliśmy się tym zbytnio, bo nie jest to najdokładniejsza mapa i nie pierwszy raz już tak było, że przesadnie załadowani jedzeniem i wodą ze złością mijaliśmy kolejne sklepy w wioskach i wioseczkach o których mapa nie wspominała. Trochę dokupiliśmy ryżu, na tak zwany wszelki wypadek, i pojechaliśmy.

Półgodziny później, czyli jakieś 10 kilometrów od średniej wielkości miasta ze SPAR-em, KFC i stacją Stell, słoń przeszedł nam drogę, chwilę później dwa słonie stały w cieniu drzewa obok drogi i jak gdyby nigdy nic skubały korę.

 

Przy trzecim słoniu już się tak nie ekscytowaliśmy, ale przy czwartym zaczęliśmy się trochę martwić. Dzień się powoli kończył, a słoni mijaliśmy więcej niż aut na drodze i rzeczywiście przez cały dzień nie było nawet najmniejszej wioski, osady czy choćby pojedynczego domu. Gdzie my będziemy spać??? Przy tej ilości słoni nocleg w buszu raczej odpadał…

Przejechaliśmy jeszcze trochę, ale niewiele się zmieniło poza tym, że asfalt się nagle skończył i jak obwieściła nam samotna, żółta tablica, przed nami 150 kilometrów robót drogowych. CUDOWNIE!

Kawałek dalej, niemal przy samej drodze, postanowiliśmy się rozbić. Lepiej bliżej drogi niż w buszu gdzie na tym terenie roi się od słoni i nie wiadomo czego jeszcze. Rozsądna decyzja biorąc pod uwagę okoliczności, nie? No niestety … Wracając po zostawione na drodze rowery zauważyliśmy intrygujący ślad…

 

Gdyby nie fakt, że dzień wcześniej widzieliśmy identyczne ślady w Chobe i że ich wielkość nie pozwala pomylić ich ze śladem zwykłego kota czy psa, może mielibyśmy wątpliwości. Jednak tym razem byliśmy pewni, w okolicy jest lew i to prawdopodobnie niedaleko, bo trop był świeży. Gdy Adaś upierał się przy szybkim zrobieniu zdjęcia tropów, ja nerwowo rozglądałam się po okolicy. I wtedy ją zobaczyłam. Powoli, ale sprężyście przechodziła między krzakami, jakieś 30 metrów od nas. Odwróciłam się w stronę Adama, moja mina wyrażała więcej niż słowa. Bez nawet pojedynczego dźwięku, powoli, z wymuszonym spokojem zaczęliśmy się wycofywać. Serca biły nam jak oszalałe, ale wyglądało na to, że albo nas nie zauważyła albo nie była nami zainteresowana. Wróciliśmy na drogę i wsiedliśmy na rowery. Stale oglądając się przez ramię, pedałowaliśmy ile sił w nogach, aż do czasu gdy drogę znowu zagrodziły nam słonie. Nie jeden, nie dwa, ale dokładnie 73!!! Jak zamurowani, z przerażeniem patrzyliśmy jak kolejne rodziny dołączały do tych po drugiej stronie drogi. Były wszędzie dookoła nas. Część już przeszła i zdążyła się nieco oddalić, część się pasła, inne spokojnie czekały na pozostałe. Byliśmy w pułapce. Za plecami lwica, przed nami potężne stado słoni.

 

Nie wiedzieliśmy co robić, ale instynkt nam podpowiadał, że mamy im spokojnie dać przejść, nie ruszać się, nie dać im żadnego powodu do strachu, nie sprowokować ich żadnym gwałtownym gestem lub dźwiękiem. Czekaliśmy nieruchomo przez chwilę. Która wydawała się wiecznością. W końcu wszystkie przeszły i zaczęły znikać w buszu. W międzyczasie zrobiło się już ciemno, a my ciągle nie mieliśmy miejsca na nocleg. Postanowiliśmy jechać do przodu z nadzieją na spotkanie jakichś ludzi. Kilka kilometrów dalej zobaczyliśmy światło. Szczęście nas nie zawiodło. To był obóz ludzi pracujących przy budowie drogi. Nie musieliśmy im nic tłumaczyć, o nic prosić, jak tylko nas zobaczyli od razu wpuścili na teren ogrodzonego wysoką siatką obozu, wskazali miejsce na rozbicie namiotu i zaprosili na kolację. Niestety nie mogliśmy nic przełknąć. Byliśmy naprawdę przestraszeni. Co gdybyśmy nie znaleźli tego obozu? Albo gdyby był 20 kilometrów dalej?

 

Rano chłopaki streścili nam najbliższe 200 kilometrów. Do następnego obozu mieliśmy dzienny dystans, a potem jedyną opcją jest ogrodzony przekaźnik z budką strażnika, potem stacja weterynaryjna a potem już jest miasteczko i powinno być mniej słoni i całego tego dzikiego tałatajstwa.

 

Jeszcze przez następne dwa tygodnie omijaliśmy busz szerokim łukiem. Cała ta sytuacja to oczywiście była absolutnie nasza wina. Poczuliśmy się w Afryce za pewnie, straciliśmy czujność, przestaliśmy wierzyć w „dziką Afrykę”. Jednak Botswana nas zaskoczyła, jest inna niż kraje w których byliśmy do tej pory. Na powierzchni dwa razy wielkości Polski żyje niespełna 2 miliony ludzi, większość kraju to busz lub pustynia i w związku z tym powinniśmy być czujniejsi.

Po tym jak na własnej skórze przekonaliśmy się czym jest przesłonienie przyszedł czas żeby nauczyć sobie z nim radzić. Teraz codziennie widzimy słonie za dnia, ale nocą bardziej rozsądnie wybieramy miejsca na nocleg.

 

W końcu udało nam się przejechać 17 000 kilometrów i fajnie by było gdybyśmy pozostałe 3 000 też zrobili w jednym kawałku ;)