A meeting with a man

A meeting with a man

comments: 8

It is a country, którego byliśmy ciekawi bardziej niż wszystkich innych, na który czekaliśmy bardziej niż na wszystkie inne, i który zachwycił nas bardziej niż wszystkie kraje które odwiedziliśmy do tej pory. Nie jest to klasyczna Kenia, rajski Zanzibar ani nawet dzika Botswana. Nie jest to ukochana przez nas Burkina Faso i przepiękna Tanzania. Kraj na który czekaliśmy niemal od początku naszej podróży to Namibia. Wszystko co wiedzieliśmy o niej, to że ma cudowne, pustynne i półpustynne krajobrazy, jedno z najmniejszych zaludnień na świecie i fantastyczne steki z dziczyzny. Nam wystarczy, żeby być podekscytowanym. Spodziewaliśmy się wielu trudności, ale także wielu wrażeń.

Zbliżając się do Namibii czuliśmy się jak dzieci które rodzice po raz pierwszy zabierali „za granicę”. Wyobrażaliśmy sobie, że czeka tam na nas inny, cudowny świat. Tymczasem okazało się, że owe „za granicą” od „znajomego” niczym szczególnym się nie różni. Te kilkanaście lat temu małemu bajtlowi ból rozczarowania uśmierzyło opakowanie kolorowych Lentilków albo Hanuty, tu w Afryce nie było nagrody pocieszenia . Przez pierwsze kilkaset kilometrów nie mogliśmy uwierzyć, że to jest właśnie nasze długo wyczekiwane Eldorado. Krajobraz niczym się nie różnił od tego, który znaliśmy z Zambii czy Botswany, z domów ulokowanych jeden na drugim wybiegały chmary dzieci domagające się słodyczy, a zaporowa cena steków z dziczyzny powodowała, że jakoś nie bardzo smakowały. Cały czas powtarzaliśmy sobie, że wszystko się zmieni za następnym miasteczkiem, a potem za kolejnym i jeszcze kolejnym, ale niestety. Trwająca już od kilku miesięcy monotonia zaczynała nas dobijać i powoli wszystkiego nam się odechciewało. Czuliśmy, że czas wracać do domu. Postanowiliśmy przyspieszyć. Zamiast zwyczajowych 70 km dziennie zaczęliśmy robić po 130 km. Zatrzymywaliśmy się tylko żeby zjeść i nabrać wody, nic nas dookoła nie interesowało. Pędziliśmy tak bardzo, że nawet się nie zorientowaliśmy, że krajobraz zaczął się otwierać, że busz był coraz rzadszy a odległości pomiędzy wioskami coraz większe. Fakt, że zbliżamy się do wymarzonej pustyni już nie cieszył. Żeby przestać liczyć dni do powrotu potrzebowaliśmy jakiegoś bodźca, zastrzyku energii, czegoś co by nas na chwilę zmusiło do postoju. Jednak nic takiego się nie wydarzało, aż do dnia gdy weszliśmy do … supermarketu! Pewnie myślicie sobie teraz: „what the f…k”. Dokładnie to samo pomyśleliśmy i my gdy przy regale z jedzeniem w proszku zobaczyliśmy … bosą kobietę, skąpo odzianą w kawałek koziej skóry, wysmarowaną śmierdzącym tłuszczem i z błotem na włosach. Rozejrzeliśmy się dookoła, ale nikogo poza nami ten widok nie dziwił. Wręcz przeciwnie. Inni klienci pokazywali NAS palcami i podśmiechiwali się z NASZEGO zdziwienia. Tymczasem powód naszej konsternacji sympatycznie się uśmiechnął i wrócił do wybierania zupek Knorra. Właśnie zobaczyliśmy kobietę z plemienia Himba. Przez kolejne dwa dni kręciliśmy się po miasteczku Kamanjab z nadzieją zobaczenia jej jeszcze raz, ale niestety bezskutecznie. Miejscowi powiedzieli nam, że kilka rodzin Himba mieszka w niedalekiej okolicy. Postanowiliśmy złożyć im wizytę.

Przez dwa dni jechaliśmy do wioski o której mówili nam ludzie z Kamanjab, tam wypytaliśmy gdzie możemy znaleźć Himba, bo to nomadzi i nie osiedlają się na stałe. Miejscowi pokierowali nas do kolejnej wioski. Tam w szkole przy pomocy dyrektora znaleźliśmy ucznia, który zgodził się pójść z nami w roli tłumacza. W domu dyrektora zostawiliśmy sakwy i na lekkich rowerach pojechaliśmy do wioski gdzie mieszkał nasz 11 letni tłumacz. W domu jego babki z plemienia Herero zostawiliśmy rowery i w trójkę ruszyliśmy na piechotę. Przez kilka godzin szliśmy przez dolinę rzeki usłaną zdechłymi z powodu przeciągającej się suszy zebrami.

 

W końcu dotarliśmy do niewielkiej osady. Kilka glinianych domów rozlokowanych na planie okręgu okalał płot z gałęzi. Pierwsze wypatrzyły nas dzieciaki. Ku naszemu zdziwieniu nie zaczęły krzyczeć ani domagać się słodyczy. Patrzyły tylko trochę spod byka a trochę z ciekawością.

 

Potem zobaczyły nas kobiety gotujące właśnie pap. Głośno się zaśmiały i coś krzyknęły w swoim języku. Myśleliśmy, że pytają co tu robimy, ale nasz uczeń/tłumacz wyjaśnił, że zapraszają do stołu, czy też do kociołka ;) Trudno opisać to co działo się potem. W przeciągu kilku sekund ich wesołe twarze i ciągłe żarty sprawiły, że poczuliśmy się naprawdę mile widziani.

 

Po wspólnym posiłku mężczyźni zapytali co nas sprowadza. Opowiedzieliśmy, że urzekła nas kobieta spotkana w miasteczku i że bardzo chcieliśmy poznać ludzi Himba. Taka odpowiedź zdała się im przypaść do gustu, bo wszyscy zaczęli głośno potakiwać, a najstarszy z nich powiedział, że rozumieją, bo ich kobiety słyną z nadzwyczajnej urody. One same uważają, że to dzięki ich tradycyjnym zabiegom. Skórę smarują ochrą wymieszaną z kozim tłuszczem, co chroni ją przed słońcem i insektami, ale także utrzymuje stale nawilżoną dzięki czemu pozostaje delikatna do późnej starości. Nigdy, ale to nigdy się nie kąpią, żeby nie stracić czerwonego koloru, którego nabrała ich skóra. Myją się piaskiem, a intymne miejsca dezynfekują dymem z paleniska. Swoje niesamowite fryzury układają za pomocą … błota. Ta tradycyjna kosmetyka może się niektórym wydawać, let's say,, kontrowersyjna, ale chyba nikt nie zaprzeczy, że kobiety Himba są przepiękne?!

 

Kilka dni później, zbliżając się do terenów tradycyjnie zamieszkałych przez Himba, mieliśmy okazję przekonać się, że Ci wspaniali ludzie zafascynowali nie tylko nas, ale także wielu turystów odwiedzających Namibię. Podobnie jak w przypadku Masajów nie udało im się uchronić przed fatalnymi skutkami turystyki. Niemal na każdym skrzyżowaniu czekają dzieci i kobiety pozujące do zdjęć, sprzedające tradycyjną biżuterię i drobne przedmioty użytku codziennego. Dopiero te kilka dni później zrozumieliśmy jak wielkie mięliśmy szczęście, że udało nam się spotkać po prostu z człowiekiem, a nie atrakcją turystyczną którą, jak każdą inną atrakcję, pragnie sfotografować i zabrać do domu cały zachodni świat. Naładowani nową energię nabraliśmy siły, żeby zmierzyć się z długo wyczekiwaną pustynią Namib, ale o tym następnym razem :)