In Burów

In Burów

comments: 11

…czyli ostatnia kartka z “Pomarańczowego” pamiętnika.

Republika Południowej Afryki. Proszę o skojarzenia. Apartheid. Well. Nienawiść rasowa. Well. Najwyższy poziom gwałtów na świecie. Well. Nelson Mandela. Well. Coś jeszcze?

Odkąd przekroczyliśmy umowną granicę południowej części kontynentu afrykańskiego coraz częściej słyszeliśmy o RPA. Nigdy nic dobrego, zawsze ostrzeżenia, zawsze przestrogi. W RPA zabijanie Białych to sport narodowy! Nie jedźcie tam, zabiją Was za telefon! Cały świat płacze, że w Afryce zabija się białe nosorożce, a że zabija się białych farmerów? Jak już musicie tam jechać to zawsze trzymajcie się ludzi, nigdy, przenigdy nie spijcie na dziko. Unikajcie rozmów z obcymi, nie wychodźcie z hotelu po zmroku, unikajcie publicznego transportu i nigdy, przenigdy nie podróżujcie metrem w Johannesburgu.

Republika Południowej Afryki, taka, jaką ją nam malowano, wydawała się smutnym końcem pięknej podróży… Po dziesiątkach tysięcy kilometrów przejechanych przez afrykańskie pustkowia, po setkach noclegów w zapomnianych przez świat wioskach, tysiącach posiłków z bananów i patatów, nieskończonej ilości rozmów z nieznajomymi i wieczorach spędzonych przy ognisku i dźwiękach bębnów, wjeżdżaliśmy do krainy strachu i nienawiści.

Odkąd wróciliśmy do Polski wszyscy pytają nas o RPA. Jak tam jest? Czy coś się zmieniło po upadku apartheidu? Kto rządzi krajem? Kto trzyma pieniądze? Jakie będą konsekwencje śmierci Mandeli? Niestety musimy Was rozczarować. W tym poście nie znajdziecie odpowiedzi na te ani inne tego typu pytania. Nasza opowieść o RPA nie będzie ani o Białych najeźdźcach, ani o rasowej niesprawiedliwości, ani o zemście Czarnych. Nie będzie o trwającym od setek lat konflikcie, nie będzie analizą polityczną kraju trawionego przez strach, nie będzie o RPA jakie znacie z wiadomości. Nasza opowieść będzie o ludziach. O ich serdeczności, gościnności, bogobojności i nade wszystko o ich zamiłowaniu do dziczyzny.

Afrykanerzy, czy też Burowie, to jedyny żyjący we współczesnej Afryce biały naród. Wywodzi się on od osadników holenderskich, którzy od XVII wieku kolonializowali tereny wokół Przylądka Dobrej Nadziei. Nasza przygoda z Afrykanerami zaczęła się już w Zambii, ale dopiero w RPA pojedyncze doświadczenia zamieniły się w codzienne spotkania i późniejsze przyjaźnie. Zaczęło się na kempingu nad rzeką Oranje, geograficzną granicą pomiędzy Namibią a RPA. Na polu namiotowym gdzie wracające z wakacji rodziny Afrykanerskie zatrzymywały się na odpoczynek, wzbudziliśmy nie małą sensację. Wychudzeni, spaleni słońcem i osmagani wiatrem na tle śnieżnobiałych twarzy i złotych włosów papuśnych Afrykanerów wyglądaliśmy jak stwory z innej planety. Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze zaparkować rowerów jak zaczęły do nas podchodzić delegacje z tradycyjnym już zapytaniem gdzie, skąd po co i dlaczego. Pokrótce staraliśmy się odpowiedzieć na niekończące się pytania, ale nasi rozmówcy nie dali się zbyć byle odpowiedziami. Domagali się szczegółów, opowieści o ich ukochanej Afryce postrzeganej oczami przybyszów ze starego kontynentu. Zaproszono nas do wspólnego posiłku. Podano steki z antylopy kudu, suszone mięso springbooka i udka z kurczaka (na wypadek gdybyśmy byli wegetarianami! – bo kurczak dla Burów to warzywo a nie mięso). Najstarszy mężczyzna w rodzinie odmówił modlitwę i rozpoczęła się uczta. Blaszane kubki wypełniono Burbonem i niczym dawni osadnicy z czasów Wielkiego Treku, zasiedliśmy wokoło ogniska i zaczęliśmy snuć naszą opowieść. Do północy opowiadaliśmy o przygodach ostatnich miesięcy. O piaskach Sahary, o wiatrach Mauretanii, kolorowym Senegalu, gościnnej Gwinei i wielu innych krajach, które było nam dane poznać. Kolejnego dnia rano czekało już na nas śniadanie i zaproszenie do ponownego spotkania. Przed powrotem do Polski obiecaliśmy odwiedzić wszystkie trzy zaprzyjaźnione rodziny i ruszyliśmy w drogę.

Kilka dni później dotarliśmy nad wybrzeże Atlantyku.

 

Widok oceanu zawsze niesie ze sobą jakieś cudowne uczucie orzeźwienia, ale po wielu tygodniach spędzonych na pustyni, słona bryza ucieszyła nas bardziej niż zwykle. Na dzikiej plaży, tuż na skraju kontynentu rozbiliśmy namiot. W podobnym miejscu spędziliśmy noc ponad rok wcześniej na Saharze Zachodniej. Wtedy urzekło nas poczucie przebywania na skraju kontynentu, w miejscu gdzie spotykały się piaski Sahary z wodami Atlantyku. Teraz, gdy czas w pewnym sensie zatoczył pętlę, poczuliśmy że nasza podróż dobiega końca. Jeszcze niespełna tydzień i będziemy w Cape Town, czyli u kresu naszej afrykańskiej przygody. Trudno opisać, co wtedy czuliśmy. Przez następne półtorej godziny w ciszy wpatrywaliśmy się jak wściekłe fale oceanu rozbijają się o skaliste wybrzeże. Myśl o rychłym spotkaniu z rodziną napawała nas radością. Jednak myśli, że nie wiadomo ile czasu minie zanim nasze karki znowu spali afrykańskie słońce, powodowała, że żal dławił nam krtań.

 

Rano wjechaliśmy na ścieżynę prowadzącą wzdłuż wybrzeża, z dala od ruchu samochodów na niebezpiecznej drodze krajowej. Zostało nam tylko kilkadziesiąt kilometrów do wioski gdzie mieliśmy zaproszenie od gościnnych Burów.

 

Nie planowaliśmy tam dłuższego postoju, ale gdy przy wjeździe do urokliwej osady rybackiej powitały nas szerokie uśmiechy rodziny Ellmannów, zrozumieliśmy, że na jednej nocy się nie skończy. Anton, najstarszy syn naszych gospodarzy, prowadził mały hotelik tuż przy plaży. Udostępnił nam jeden z pokoi i powiedział, że możemy zostać ile chcemy, a wieczorem zapraszają oczywiście na braii. Będą steki z kudu i Burbon.

 

Duża część Afrykanerów wciąż mieszka na potężnych farmach i utrzymuje się z hodowli krów. Jednak wołowina rzadko trafia na stoły. Wołowina to biznes, sprzedaje się ją do marketów i restauracji w miastach. W domach Burów je się głównie dziczyznę, czyli to co uda się upolować na rodzinnych farmach, które nierzadko liczą ponad 10 000 hektarów. Poza tym nie ma lepszego mięsa niż mięso antylopy kudu – tłumaczą nam nasi gospodarze. Szczerze mówiąc, trudno się z nimi nie zgodzić. Mięso jest rzeczywiście wyjątkowe. Miękkie i soczyste, nie da się przyrównać do niczego co znamy z naszej kuchni. Jednak spożywane 3 razy dziennie (mięso jest tu symbolem zamożności i każdy Afrykaner z dumą opowiada, że je mięso na każdy posiłek dnia) potrafi porządnie obrzydnąć. Na szczęście dość szybko przypomnieliśmy sobie naszą starą miłość: owoce morza. Kalmary, kalmary, kalmary. Yum… Nigdzie na świecie nie smakują tak jak tutaj! Nawet te z Zanzibaru się nie umywały. Grillowane, smażone na głębokim oleju, w postaci steka, paseczków, krążków, jak kto lubi. Do tego małże, ostrygi, krewetki i stosunkowo tanie homary. Zawsze tam gdzie spotykaliśmy fajnych ludzi i dobre jedzenie wsiąkaliśmy na ładne tygodnie. I tym razem nie było inaczej. Dni mijały nam na spacerach po plaży, poznawaniu kolejnych członków rodziny Ellmannów, braii-ach i nawet wywiadzie dla lokalnej prasy.

 

Jednak w końcu przyszedł czas pożegnać się z naszymi nowymi przyjaciółmi i ruszyć do Cape Town. Po drodze i tak mieliśmy do odwiedzenia jeszcze dwie rodziny i na samym końcu Michaela, mieszkającego niespełna 80 kilometrów od naszego celu.

 

I have to admit, że na spotkanie z Michaelem czekaliśmy najbardziej. Na starej farmie pośrodku buszu Michael prowadził niesamowitą instytucję: Centrum pomocy Buszmenom. Buszmeni to jedno z najbardziej tradycyjnych plemion w całej Afryce. Niegdyś zamieszkiwali Kalahari i pustynię Namib, gdzie prowadzili koczowniczy tryb życia. Odziani jedynie w skórzane przepaski, jedli tylko to co udało im się zebrać lub upolować, mieszkali w szałasach gdzie potrafili przeżyć bez dostępu do wody przez wiele dni. Jednak Buszmeni, podobnie jak wiele innych plemion afrykańskich, musieli stawić czoła wyzwaniom współczesnego świata. Nie specjalnie pomogła im polityka rządu zmuszająca ich do obrania osiadłego trybu życia w sztucznie stworzonych osiedlach relokacyjnych. Nie umiejący czytać i pisać, nie znający języka innego niż ich własny, nie posiadający żadnych kwalifikacji Buszmeni nie potrafili znaleźć się w nowej rzeczywistości. I tu właśnie zaczyna się pomoc Michaela. Stworzył miejsce, w którym dał społeczności Buszmenów możliwość zarabiania na własnej kulturze. Przy pomocy sponsorów z całego świata stworzono centrum kultury Buszmenów, gdzie zamożni turyści mogą się sporo nauczyć o tych niesamowitych ludziach, o ich tradycji, wierzeniach. Delegowani członkowie różnych rodzin Buszmeńskich opowiadają jak przetrwać na pustyni bez wody, uczą strzelać z tradycyjnych, malutkich łuków, pokazują jak znaleźć jedzenie gdy wydaje się, że nie ma nawet czego szukać i jak przetrwać zimne pustynne noce, gdy ciało skrywa jedynie skórzana szmatka. Z zarobionych pieniędzy utrzymywane jest centrum edukacyjne gdzie młodzi Buszmeni uczą się obsługi komputerów, prowadzenia samochodów, zasad ekonomii, szycia czy rzeźby. Nie da się oczywiście ukryć, że Buszmeni nie są jedynymi beneficjentami w tym całym przedsięwzięciu. Jednak wydaje się, że cała ta machina dość sprawnie funkcjonuje i nikt nie czuje się stratny.

 

Przyglądaliśmy się pracy Michaela (antropologa z prawdziwą wizją i marzeniami) przez kilka dni. Ulokowani w luksusowym namiocie w buszu, z kudu i Burbonem na stole, dyskutowaliśmy z nim o przyszłości plemion takich jak Buszmeni i roli turystyki w degradacji ich kultury. Nie do końca się we wszystkim zgadzaliśmy, ale nie da się zaprzeczyć, że praca którą Michael wykonuje jest imponująca. Nikt tu niczego nie udaje, nikt się nie przebiera, nikt nie tańczy nago przy ognisku ku uciesze zmanierowanych turystów. Nikt nie prostytuuje swojej tradycji. Zwyczajni ludzie w zwyczajny sposób opowiadają o swojej kulturze. Nikt nie zostaje poniżony, sprowadzony do pozycji klauna w cyrku czy zwierzęcia w zoo. To trochę tak jakby po galerii sztuki oprowadzał nas sam artysta.

 

Odwlekany na wiele sposobów, ale w końcu przyszedł ten dzień. Wjechaliśmy do Cape Town.

 

Ludzie często pytają jak się wtedy czuliśmy? Odpowiadamy, że tak jak zawsze wjeżdżając do dużego miasta: zmęczeni i ostrożni. Nikt tu na nas nie czekał, nikt nie wiwatował, nikt nie otwierał szampana. Był tylko wielkomiejski hałas i smród samochodów. Dopiero gdy kilka godzin później, ulokowani na bezpiecznym kempingu wybraliśmy się do modnej dzielnicy Cape Town na kalmary zrozumieliśmy, że właśnie się stało. Daleko za nami została dzika Gwinea, barwna Burkina Faso, przepiękna Tanzania. Przypomnieliśmy sobie wszystkich tych, z którymi przeżywaliśmy tę podróż. Wspomnieliśmy Stasia z naszego ukochanego Wrocławia, Emme samotnie przemierzającą Afrykę, Franka, który nam towarzyszył na motorze, Matthew, który przyłączył się do nas na Zanzibarze. Pomyśleliśmy o tym ile mieliśmy szczęścia, że udało nam się tu dostać w jednym kawałku. Że nie zmogła nas malaria, ebola albo inne dziadostwo. Że oszczędziły nas pędzące autobusy, pijani kierowcy i zmęczeni tirowcy. Że nie dopadli nas lokalni wataszkowie, ludzie trawieni nienawiścią i zazdrością. I pomyśleliśmy o Was, naszych czytelnikach. Tych którzy byli z nami od początku i tych, którzy dołączyli do nas później. Beloved, bez was wszystkich nie było by Patatów i Pomarańczy, thank you, że z nami byliście i mamy nadzieję, że zobaczymy się jeszcze kiedyś gdzieś, na jakieś zapomnianej przez Boga trasie. Wiatru w plecy tym co w drodze, my tymczasem wracamy do domu!